Tytułem wstępu.

To nie blog. To portal. A właściwie część multiportalowej platformy o nazwie - "Nie Dla Opornych".
To nie blog, to komentarz - do rzeczywistości, przyspieszonej jakby chęć zatrzymania się nad czymkolwiek była efektem wewnętrznej słabości lub powodem do wstydu.
To nie lifestyle. To nauka, podana w taki sposób by była zrozumiała dla człowieka inteligentnego, laika choć zdolnego zrozumieć i zaciekawić się, czymś co rozumowi daje odzew.

Pamiętacie stare artykuły popularnonaukowe? Stare popularnonaukowe książki? Czasopisma? Ich serce biło powoli i z precyzją kwantowego zegara. Ich celem było rzeczowe i dogłębne wyjaśnienie omawianego problemu. Ich odbiorcą był inteligentny erudyta.
To wszystko znikło z otaczającej nas rzeczywistości.
Pismo "Problemy" padło w raz z nastaniem ery płatności za słowo. "Wiedza i życie" oraz "Świat Nauki" zmieniły się w kolorowe, lifestylowe gazetki zagubione w poszukiwaniu rynkowego sukcesu.
Pragnąc wskrzesić dawne podejście do popularyzowania nauki - rzeczowe, dogłębne, pełne szacunku dla czytelnika - uruchamiamy tą część większego projektu, która ma prezentować zapomniane już, ale wciąż AKTUALNE artykuły popularnonaukowe wydobyte z pożółkłych kartek wyżej wspomnianych czasopism.

Bliżniaczym naszym portalem jest Sztuka Nie Dla Opornych oraz strona na Facebooku zbierająca posty i komentarze z obu tych portali.
Mamy nadzieję, że w tym powolnym, pełnym refleksji nurcie znajdziesz miejsce dla siebie.
Miłego przepływu!



ps. Pod każdym z artykułów oprócz linków multimedialnych, znajduje się miejsce przeznaczone na promocję autora. Zachęcamy was do odwiedzania umieszczonych tam odnośników. Portal nie ma charakteru zarobkowego. Odwdzięczamy się więc autorom możliwością popularyzacji ich nazwiska i ich dzieł.
Ponadto nie wstawiamy samodzielnie materiałów filmowych i muzyki do internetu. Istniejące już w sieci materiały zostały jedynie przelinkowane tak by odnośniki nie straciły na aktualności.


Artykuły według kolejności:

środa, 9 października 2013

Wiara kontra Nauka:
cz. II Jak powstał świat, człowiek i cała reszta - co mówi religia:
Leonard J. Pełka - Polska Demonologia Ludowa

Na Nauce NDO, kontynuując temat zderzania religii z wiedzą naukową, postanowiliśmy przedstawić coś więcej niźli tylko kolejny system wierzeń pochodzący z kolejnego kręgu kulturowego. Temat ten można bowiem rozwijać w taki sposób, by pokazać tu w miarę pełen obraz najważniejszych systemów religijnych świata. To ważny kierunek i po części zostanie on zrealizowany. Znacznie ciekawsze jednak i bardziej pouczające wydaje się w tej chwili pokazanie wiary w jej pierwotnej formie - nie jako spójnego i ostatecznego systemu religijnego, lecz w zalążku, w tych pierwocinach, które z pewnością muszą być początkiem czegoś bardziej spójnego, a które z racji swojej "zalążkowości" odsłaniają przed nami coś znacznie bardziej wartościowego niż tylko kolejny system przekonań. Pokazują bowiem jak na dłoni przyczyny  powstawania  i funkcje wierzeń religijnych - wartość wyjaśniającą, sprawczość i funkcjonalność takiego nadnaturalnego rozumowania. Rozumowania, które będąc  jeszcze w powijakach, ujawnia wszystkie swoje funkcjonalne i "celowe" aspekty.
Masz zatem, drogi czytelniku, przed sobą niezwykły tekst - obszerne fragmenty książki Leaonarda Pełki - Polska Demonologia Ludowa. Tekst o zacięciu antropologicznym, odsłaniający przed nami zespół wierzeń demonicznych słowian. Zespół niespójny, nie stanowiący jednolitego systemu religijnego, a co najważniejsze, choć wychodzący już poza prosty animizm czy fetyszyzm, to pozostający nadal na stopniu niższym niż "prawdziwa" teologia z jej kultem "prawdziwych" bogów - będący więc przede wszystkim bardziej demonologią niż teologią.
Przez to, przez te właśnie, pierwotne, nieukształtowane cechy, wierzenia te odsłaniają się przed nami. Możemy patrzeć na nie wstecz mniej więcej tak, jak astronomowie patrzą wstecz czasu oglądając odległe nieukształtowane jeszcze gwiazdy. Patrząc na równie nieukształtowany, demoniczny zespół wierzeń, wyraźnie i jasno możemy zobaczyć ich funkcje - a jest ich wiele: od prób animicznego, sprawczego wyjaśniania groźnych i budzących strach zjawisk przyrody po funkcje kształtujące normy społeczne i chroniące jednostki danej grupy przed groźnymi następstwami (np. nie należy kąpać się w zimie, lub w nocy w nieznanym miejscu, należy unikać leżenia na słońcu w południe). Wszystko to jest łatwe do wychwycenia właśnie ze względu na pierwotny, nieteologiczny jeszcze charakter tych wierzeń.
Widać również jak na dłoni to, o czym pisałem we wstępie do innego artykułu tego cyklu, że przyczyną powstawania wierzeń religijnych była (jest) nie tylko chęć wyjaśniania budzących zdziwienie lub strach, zjawisk przyrody, ale też naturalna tendencja homo sapiens do rozumowania przez analogię: skoro ja, gdy na przykład rzucam kamieniem mam w tym zwykle jakiś cel i jestem w tej czynności JA oraz moje narzędzie (czyli kamień), to, powiedzmy, spadający z nieba grad - przez analogię - może również pochodzić od KOGOŚ (znacznie potężniejszego), być jego narzędziem i zostać zrzucony w jakimś celu. Jest to zatem myślenie animiczne.
Gdy dodać do powyższego myślenia przez analogię bujną wyobraźnię, pozimom inteligencji, przy którym homo sapiens zaczyna interesować się przyczyną zdarzeń, oraz poziom rozwoju wspołecznego, na którym homo sapiens zaczyna tworzyć normy społeczne (często oparte na dramatycznych wydarzeniach, chorobach itp), gdy przyprawić to jeszcze paroma mechanizmami pschologicznymi, choćby warunkowaniem magicznym, któremu ulegają nawet gołębie - dostajemy gotowy przepis na religię.
Zapraszam zatem do fascynującej lektury, podróży po świecie słowiańskich wierzeń, przedchrześcijańskich oraz tych, które nasiąkły już wiarą chrześcijańską lecz nadal pozostają w sferze demonologii ludowej. Podróży odsłaniającej ich naturę, celowość i funkcję jakiej służyły, a na wyższym poziomie, podróży mówiącej o nas samych - o tym jak, żyjąc w pierwotnych społecznościach, próbowaliśmy rozumieć i organizować świat.
Gorąco polecam.
Citronian-Man


A oto przedstawienie wszystkich części cyklu zderzającego wierzenia z wiedzą naukową. Będą się one sukcesywnie na Nauce pojawiały:

Spis treści:
I. Czysty i skażony rozum: błędy w myśleniu indywidualnym i grupowym:
                                                                   - Richard Dawkins - Wrogowie Rozumu - Niewolnicy Zabobonu
                                                                   - Gustave Le Bon - Psychologia Tłumu
                                                                   - Pogromycy duchów - James Randi - Psychic Investigator i inne filmy

II. Jak powstał świat, człowiek i cała reszta - co mówi religia (religie):
                                                                  - Mieczysław Künstler - Mitologia Chińska
                                                                  - Leonard J. Pełka - Polska Demonologia Ludowa
                                                                  - co mówi nauka:
                                                                  - Hoimar Von Ditfurth - Na Początku Był Wodór

III. Dlaczego ludzie wierzą - przyczyny powstawania religii


                                                                  - Zygmunt Krzak - Światowid — co i kogo przedstawia?

IV. Wirus wiary? - czy religia może być szkodliwa?
                             - czy nauka może być szkodliwa?



ps. Istotnym elementem całego cyklu jest  Nauka Poprawnego Myślenia - Narcyza Łubnickiego  - tekst ważny dla wielu dziedzin naszego życia - został  więc wyjęty z ram powyższego cyklu i umieszczony jako osobny artykuł.  Jeśli chcesz w łatwy, ciekawy i wciągający sposób zobaczyć jak często ulegasz prostym pułapkom myślowym prowadzącym cię do fałszywych wniosków i nauczyć się jak logicznie (i bez ciągłych wpadek) myśleć - to książka dla ciebie.
 ----------------------------------------------------------------
II. Jak powstał świat, człowiek i cała reszta - co mówi religia:  

Tekst: Leonard J. Pełka - Polska Demonologia Ludowa


Iskry, 1987


Zaistniałe rozdwojenie rzeczywistości na realny świat zjawisk materialnych i fantastyczny świat istot duchowych zapoczątkowało, trwający po czasy współczesne, proces powstawania najróżnorodniejszych postaci demonicznych. Wyobraźnia ludzka powołała do życia całe plejady istot fantastycznych, jak anioły, biesy, cyklopy, diabły, dziwożony, elfy, fauny, gnomy, nimfy, parki, syreny, topce, ubożęta, wilkołaki czy zmory. Istotami tymi zaludnił człowiek otaczający go świat.
Wyobrażenia danych istot demonicznych stanowiły początkowo uosobienie tajemniczych zjawisk przyrody, nie zawsze zrozumiałych oraz często budzących lęk i przerażenie. Za szczególnie groźne i tajemne uważane były zwłaszcza zjawiska atmosferyczne, zjawiska nadchodzące „z góry", jak wyładowania piorunów, wiry powietrzne, burze gradowe, zawieje śnieżne itp. Wyobrażeniom istot symbolizujących dane zjawiska przypisywano więc poczesne miejsce w pierwotnej hierarchii demonicznej.
(...)
Wierzenia słowiańskie, w końcowej fazie swego występowania (IX — XIII w.), nie stanowiły jednolitego systemu religijnego. Były konglomeratem szeregu wątków wierzeniowych o dość różnorodnym charakterze. Inne formy tych wierzeń występowały we wspólnotach rodowych i plemiennych, a inne w kształtujących się państwach słowiańskich. Jak pisał L. Niederle: „Widzimy, że wprawdzie (...) religia ich (Słowian) wyszła już za granice formy czystej magii i fetyszyzmu czy animizmu, ale przecież jako całość pozostała do końca doby pogańskiej na stopniu niższym, który możemy nazwać demonologią albo demonolatrią, oczywiście z niektórymi nachyleniami do form wyższych, i to jedynie w kilku miejscach nastąpił rozwój do rzeczywistej teologii i związanego z nią wyższego kultu prawdziwych bogów".
(...)
Niepoślednią rolę w słowiańskich wierzeniach demonicznych odgrywały postacie nadzmysłowych istot atmosferycznych stanowiących personifikację takich zwłaszcza zjawisk, jak burze i wichry. Do rzędu demonów burzowych w pierwszym rzędzie zaliczyć należy bułgarskiego latającego żmija.
Miał on przebywać w ciemnych chmurach burzowych, skąd napadał na młode kobiety i porywał je.
(...)
Do rzędu powszechnych, nie tylko zresztą w kulturze słowiańskiej, zaliczyć należy także wierzenia o demonach wiatrów i wirów powietrznych. „Niezwykle silne oddziaływanie na wyobraźnię nie cywilizowanego człowieka — pisał K. Moszyński — zawdzięczają te wiatry niewątpliwie swemu występowaniu w kształcie ruchliwym i przy tym zupełnie wyrazistym, tzn. ostro odcinającym się od otoczenia. Z jednorodnej masy przejrzystego powietrza wyłania się przecież taki wicher przed oczyma widza, jak żywa postać, w oczach owego widza podnosi się nagle, jak gdyby przed chwilą ukryty był bądź «w ziemi" czy «stosie kamieni», wiruje, szeleszcząc lub z cicha sycząc, wraz z kurzem, piaskiem, uschłymi liśćmi, sunie kilka kroków i za chwilę znów «tańczy» na miejscu, by w moment później przepaść bez śladu..." (KLS, s. 470) Występowanie owego tajemniczego zjawiska atmosferycznego przypisywano działaniu określonych demonów, zwanych oblakiniami, czyli wiłami powietrznymi, przez ludy bałkańskie (wzmianki w źródłach staroruskich z XI — XIII w.), naviami u Bułgarów (wzmianki w „Kronice dorocznej" Nestora) czy latawcami w Polsce i Czechach
(...)
Najliczniejszą grupę stanowiły demony przyrodnicze, którymi bujna wyobraźnia słowiańska zaludniła okoliczne pola i bory, rzeki i jeziora, pieczary skalne i mroczne wąwozy, zdradliwe trzęsawiska i ruiny starych budowli. Tym wyobrażeniom demonicznym nadawane dość różnorodne postacie; od hożych i kształtnych dziewcząt poczynając, a na szkaradnych potworach kończąc.
Poniższą ich prezentację rozpocząć należy od demonologii polnej, której najbardziej popularnym wyobrażeniem są południce czy połednice, zwane także ciotami.
Południce wyobrażano w postaciach biało odzianych niewiast, snujących się po polach, albo delikatnej błękitnoszarej mgiełki unoszącej się nisko w powietrzu i osiadającej następnie na łanach zbóż, powodującej ich łagodne, lekkie falowanie. Także miedze dzielące pola miały stanowić ulubione miejsce ich pobytu. Na ogół były one nieprzyjaźnie nastawione do człowieka, a zwłaszcza do ludzi przebywających i pracujących w polu południową porą. Na osoby te południce sprowadzały porażenie słoneczne i omdlenia, a także bóle głowy, krzyża i mięśni. Przypisywano im także porywanie wieczorną porą dziewcząt, które porzucały następnie w miejscach bezludnych i głuchych ostępach leśnych.



Słowo wstępne

W tradycjach polskiej kultury ludowej wiele miejsca zajmują wierzenia demoniczne.
Wprawdzie nasz rodzimy świat istot demonicznych i pokrewnych im postaci półdemonicznych zasadniczo pozbawiony jest obudowy kultowej w klasycznym tego słowa rozumieniu, to jednak występuje on w ścisłych relacjach z całym systemem praktyk i działań magiczno-religijnych mających głównie charakter profilaktyczno-obronny (ofiary symboliczne, zaklęcia, przestrzeganie określonych nakazów i zakazów itp.).
(...)
Wierzenia demoniczne zawierają w swych treściach różnorodne aspekty personifikacji poszczególnych zjawisk i procesów występujących w świecie przyrody i życia społecznego.
Ujawniająca się w ten sposób demoniczna personifikacja realnej rzeczywistości przyrodniczej i społecznej stanowi zmitologizowaną formę odzwierciedlenia w świadomości chłopskiej konkretnych warunków bytu oraz społecznego charakteru procesów produkcji i wymiany towarowej.
Wierzenia demoniczne w swojej mitologicznej wykładni świata zawierają także pewne wskazania praktyczne, do których odwołuje się człowiek przy modelowaniu, klasyfikacji i interpretacji przyrody, społeczeństwa oraz własnej drogi życiowej.

Rozdział I
W POSZUKIWANIU RODOWODU
DEMONOLOGII LUDOWEJ


Ludzkość w toku wielowiekowej drogi swego rozwoju, obok tworów kultury materialnej, ukształtowała również — niezmiernie bogaty, a także nie pozbawiony swoistej ekspresji i kolorytu — nadzmysłowy świat istot boskich i antyboskich czy bogopodobnych (demonicznych). Stanowiły one podłoże dla powstawania rozlicznych mitów, legend, podań i opowieści ludowych.
(...)
Zaistniałe rozdwojenie rzeczywistości na realny świat zjawisk materialnych i fantastyczny świat istot duchowych zapoczątkowało, trwający po czasy współczesne, proces powstawania najróżnorodniejszych postaci demonicznych. Wyobraźnia ludzka powołała do życia całe plejady istot fantastycznych, jak anioły, biesy, cyklopy, diabły, dziwożony, elfy, fauny, gnomy, nimfy, parki, syreny, topce, ubożęta, wilkołaki czy zmory. Istotami tymi zaludnił człowiek otaczający go świat.
Pustka nieznanego wypełniona została tworami imaginacji ludzkiej.
Wyobrażenia danych istot demonicznych stanowiły początkowo uosobienie tajemniczych zjawisk przyrody, nie zawsze zrozumiałych oraz często budzących lęk i przerażenie. Za szczególnie groźne i tajemne uważane były zwłaszcza zjawiska atmosferyczne, zjawiska nadchodzące „z góry", jak wyładowania piorunów, wiry powietrzne, burze gradowe, zawieje śnieżne itp. Wyobrażeniom istot symbolizujących dane zjawiska przypisywano więc poczesne miejsce w pierwotnej hierarchii demonicznej. Z kolei w tworzonych koncepcjach doktrynalnych rodzących się systemów religijnych mianem demonów określać zaczęto istoty bogopodobne, najczęściej spełniające funkcje pośredników między światem boskim a światem ludzi, lub istoty antyboskie działające na szkodę człowieka (np. diabeł).
Generalnie rzecz biorąc, wyobrażenia demoniczne zaliczyć można do rzędu powszechnych wątków wierzeniowych. Stanowią one bowiem istotny składnik doktryn religijnych oraz zajmują określone miejsce w archetypie magiczno--mitologicznych poglądów ludowych na rzeczywistość przyrodniczą i społeczną.

Śladami przeobrażeń słowiańskich wyobrażeń demonicznych

Różnorodne postacie rodzimych demonów, zarejestrowane w naszej kulturze ludowej, przynależą do licznej rodziny słowiańskich wyobrażeń demonicznych, o których pierwotnym kształcie posiadamy fragmentaryczną wiedzę. Stosunkowo bowiem niewiele możemy powiedzieć o formach ich społecznego funkcjonowania w odległych czasach przedchrześcijańskich. Dopiero znacznie późniejsza dokumentacja historyczna pozwala na konstruowanie obrazu słowiańskich wierzeń demonicznych. Nie jest to jednak obraz stabilny i jednolity. Tkwią w nim ślady różnorodnych przewartościowań, jakim w ciągu wieków ulegały wyobrażenia demoniczne pod wpływem przemian zachodzących w strukturze życia społecznego i kulturze umysłowej poszczególnych ludów słowiańskich.
Pierwszą wzmiankę o słowiańskich wierzeniach demonicznych odnajdujemy w „Dziejach wojen" Prokop z Cezarei (VI w.). Dotyczy ona występowania kultu duchów przyrody u południowosłowiańskich plemion Antów i Sklawinów, którzy — jak podaje Prokop — „oddają ponadto cześć rzekom, nimfom i innym jakim duchom i składają im ofiary, a w czasie tych ofiar czynią wróżby".
(...)
Zawarte w danych źródłach historycznych przekazy o wierzeniach słowiańskich sporządzone były przeważnie w duchu interpretacji chrześcijańskiej. Ukazywały więc dane wierzenia jako praktyki pogańskie o pejoratywnym znaczeniu społecznym.
Trzeba przyznać, iż taki stan rzeczy wynikał również z sytuacji, jaka w okresie IX — XIII w. zaistniała na ziemiach słowiańskich. Miał wówczas miejsce proces chrystianizacji
Słowiańszczyzny. Dokonywał się on w kontekście ostrej walki z funkcjonującymi na danych obszarach tradycyjnymi wierzeniami religijnymi. Prowadzone w tym zakresie działania uwieńczone zostały formalnym zwycięstwem chrześcijaństwa, wniesionego z zewnątrz do kultur rodowych, jako religii warstw panujących. Faktycznie jednak, w różnych rejonach Słowiańszczyzny, przez długi jeszcze okres występowało zjawisko tzw. dwuwiary. Polegała ona na kultywowaniu dawnych praktyk religijnych równolegle z kultem chrześcijańskim. Klasycznym w tym względzie przykładem może być znany jeszcze w XIX w. zaduszkowy obrzęd „dziadów białoruskich". Obrzęd ten był reliktową formą dawnego słowiańskiego kultu dusz przodków, zwalczaną przez Kościół. Na jego kanwie powstał głośny poemat A. Mickiewicza pt. „Dziady", w przedmowie do którego czytamy: „...pospólstwo święci dziady tajemnie w kaplicach lub pustych domach niedaleko cmentarzy. Zastawia się tam pospolicie uczta z rozmyślnego jadła, trunków, owoców i wywołuje się dusze nieboszczyków. Dziady nasze mają to szczególnie, że obrzędy pogańskie pomieszane są z wyobrażeniami religii chrześcijańskiej, zwłaszcza iż dzień zaduszny przypada około czasu tej uroczystości. Pospólstwo rozumie, iż potrawami, napojami i śpiewami przynosi ulgę duszom czyszczowym".
(...)
Ukształtowany w ten sposób ludowy konglomerat wierzeniowy w poważnym stopniu odbiegał od oficjalnej wykładni doktryny chrześcijańskiej, najczęściej mało znanej i obcej ludowi słowiańskiemu. Dlatego też wierzenia te były krytykowane i zwalczane przez urzędowe czynniki kościelne jako przejawy pogaństwa lub oznaki herezji. Odwołać się tu można do konkretnych faktów odnotowanych w różnych źródłach historycznych. W „Słowie niejakiego Chrystolubca" po wzmiance, iż Rusini modlą się do „...wił, rodu i różanic", odnajdujemy następującą krytykę łączenia kultu maryjnego z dawnym kultem duchów opiekuńczych.
(...)

Istota i struktura słowiańskich wyobrażeń demonicznych

Wierzenia słowiańskie, w końcowej fazie swego występowania (IX — XIII w.), nie stanowiły jednolitego systemu religijnego. Były konglomeratem szeregu wątków wierzeniowych o dość różnorodnym charakterze. Inne formy tych wierzeń występowały we wspólnotach rodowych i plemiennych, a inne w kształtujących się państwach słowiańskich. Jak pisał L. Niederle: „Widzimy, że wprawdzie (...) religia ich (Słowian) wyszła już za granice formy czystej magii i fetyszyzmu czy animizmu, ale przecież jako całość pozostała do końca doby pogańskiej na stopniu niższym, który możemy nazwać demonologią albo demonolatrią, oczywiście z niektórymi nachyleniami do form wyższych, i to jedynie w kilku miejscach nastąpił rozwój do rzeczywistej teologii i związanego z nią wyższego kultu prawdziwych bogów".
Przypuszczać należy, iż tą wyższą formę organizacji uzyskały wierzenia słowiańskie wśród Rugian i Połabian. Natomiast w pozostałych regionach Słowiańszczyzny wierzenia te stanowiły splot elementów kultu słonecznego, totemistycznego, praprzodków i animistycznego z magicznymi praktykami agrarnymi. Tego rodzaju konglomerat wierzeniowy stanowił z kolei dogodne podłoże rozwijania się różnorodnych wyobrażeń demonicznych, które to w okresie chrystianizacji uległy procesom szeregu przeobrażeń i w formie rudymentalnej zachowały się w słowiańskiej kulturze ludowej.
(...)
Niepoślednią rolę w słowiańskich wierzeniach demonicznych odgrywały postacie nadzmysłowych istot atmosferycznych stanowiących personifikację takich zwłaszcza zjawisk, jak burze i wichry. Do rzędu demonów burzowych w pierwszym rzędzie zaliczyć należy bułgarskiego latającego żmija.
Miał on przebywać w ciemnych chmurach burzowych, skąd napadał na młode kobiety i porywał je.
Demon ten znany był także na Białorusi (zmiej), Wielkorusi (zmej), Łużycach Górnych (żmij), jak również w Czechach (zmok, zmek). W innych rejonach Słowiańszczyzny z chmurami burzowymi i gradowymi łączono działanie istot półdemonicznych, zwanych płanetnikami (a także chmurnikami i obłocznikami) w Polsce i Czechach oraz płanitnykami czy płanetnykami na Ukrainie. Mieli to być ludzie, którzy w trakcie nadchodzącej burzy „unosili się" w powietrze, aby „przepędzić" czy „przenieść" niebezpieczne chmury w inne miejsca. Niekiedy miano to nadawano także ludziom, którzy wychodzili w pole na spotkanie nadciągającej burzy i zażegnywali ją za pomocą tajemnych gestów lub zaklęć.
(...)
Do rzędu powszechnych, nie tylko zresztą w kulturze słowiańskiej, zaliczyć należy także wierzenia o demonach wiatrów i wirów powietrznych. „Niezwykle silne oddziaływanie na wyobraźnię nie cywilizowanego człowieka — pisał K. Moszyński — zawdzięczają te wiatry niewątpliwie swemu występowaniu w kształcie ruchliwym i przy tym zupełnie wyrazistym, tzn. ostro odcinającym się od otoczenia. Z jednorodnej masy przejrzystego powietrza wyłania się przecież taki wicher przed oczyma widza, jak żywa postać, w oczach owego widza podnosi się nagle, jak gdyby przed chwilą ukryty był bądź «w ziemi" czy «stosie kamieni», wiruje, szeleszcząc lub z cicha sycząc, wraz z kurzem, piaskiem, uschłymi liśćmi, sunie kilka kroków i za chwilę znów «tańczy» na miejscu, by w moment później przepaść bez śladu..." (KLS, s. 470) Występowanie owego tajemniczego zjawiska atmosferycznego przypisywano działaniu określonych demonów, zwanych oblakiniami, czyli wiłami powietrznymi, przez ludy bałkańskie (wzmianki w źródłach staroruskich z XI — XIII w.), naviami u Bułgarów (wzmianki w „Kronice dorocznej" Nestora) czy latawcami w Polsce i Czechach (wzmianki w literaturze konfesyjnej z XVI — XVIII w.). Wyobrażenia danych demonów najczęściej przedstawiane były pod postaciami młodych, urodziwych niewiast bądź ptaków. Np. serbochorwackie oblakinie wyobrażane były jako uskrzydlone kobiety (analogia do wyobrażenia anioła) lub śnieżnobiałe łabędzie. W późniejszych wyobrażeniach ludowych, pod wyraźnym wpływem inspiracji chrześcijańskiej, navie i latawce utożsamione zostały z diabłami czy duszami dzieci zmarłych bez chrztu (wyobrażenie ptaka-duszy).
(...)
Najliczniejszą grupę stanowiły demony przyrodnicze, którymi bujna wyobraźnia słowiańska zaludniła okoliczne pola i bory, rzeki i jeziora, pieczary skalne i mroczne wąwozy, zdradliwe trzęsawiska i ruiny starych budowli. Tym wyobrażeniom demonicznym nadawane dość różnorodne postacie; od hożych i kształtnych dziewcząt poczynając, a na szkaradnych potworach kończąc.
Poniższą ich prezentację rozpocząć należy od demonologii polnej, której najbardziej popularnym wyobrażeniem są południce czy połednice, zwane także ciotami.
Południce wyobrażano w postaciach biało odzianych niewiast, snujących się po polach, albo delikatnej błękitnoszarej mgiełki unoszącej się nisko w powietrzu i osiadającej następnie na łanach zbóż, powodującej ich łagodne, lekkie falowanie. Także miedze dzielące pola miały stanowić ulubione miejsce ich pobytu. Na ogół były one nieprzyjaźnie nastawione do człowieka, a zwłaszcza do ludzi przebywających i pracujących w polu południową porą. Na osoby te południce sprowadzały porażenie słoneczne i omdlenia, a także bóle głowy, krzyża i mięśni. Przypisywano im także porywanie wieczorną porą dziewcząt, które porzucały następnie w miejscach bezludnych i głuchych ostępach leśnych. Narażone tam były na pastwę dzikich zwierząt, jak również złych duchów.
Zbliżoną postacią demoniczną, występującą w wierzeniach białoruskich, wielkoruskich i ukraińskich, była rusałka polna, zwana rusauką. W mniemaniu Białorusinów rusałki to „...biełyje jak śnieg panienki i wielmi pięknyje". Ich siedliskiem miały być gęstwiny zielonych konopi i zielone żyto, stąd niekiedy określane były mianem „żytnich panienek". Jak podaje M. Fedorowski,
„Rusałki ciongle w życiu żywiuć, pókki żyto pirsuje" — a kiedy złapią nieostrożnego chłopaka, który wtedy w nie wszedł, to nie puszczą go, dopóki na śmierć nie załaskoczą.
(...)
Dość bogaty jest też krąg demonologii leśnej, do którego zaliczyć należy wielkoruskiego leszyja i leszowoja, białoruskiego lesawika, serbochorwackiego wielkiego pasterza czy polskie borowy, borowce, boruty, leśne i rokity. W niektórych źródłach historycznych występują też wzmianki o bliżej nie określonych demonach leśnych. W „Słowie o wyprawie pułku Igora" odnajdujemy wzmiankę o demonie zwanym dziw, który „...zawył ...nad drzewami wrzaskiem". Zaś w jednym z rękopisów ruskich z XVI w. oraz w relacji o cudzie Nikodema Kożewskiego z 1688 r. wymieniany jest lesnij bog, który przypuszczalnie stanowi jakieś wyobrażenie z kręgu demonologii leśnej.
(...)
Warto tu nadmienić, iż wśród ludów słowiańskich szeroko rozpowszechniony był zwyczaj składania demonom leśnym ofiar z jadła i napoju, jak również z części upolowanej zwierzyny. Stosunek człowieka do tych wyobrażeń demonicznych bardzo plastycznie zarysował W. Sujkowski w następującym fragmencie powieści historycznej dotyczącej wydarzeń z XI w.: „Tylko ledwo widoczne ścieżki, wydeptane przez myśliwych czy zwierzynę, wiły się z rzadka wśród puszczy, mylne, dzielące, zwodnicze. Zbinóg znał je wszystkie i choćby nocą chodził śmiało. Chyba że błędnica, duszek złośliwy i zawzięty przyczepi się do człeka. Wtedy nie trafisz doma, choćbyś go widział. Ale jak nawęzy mieć silne, zaklęcia znać, a głównie objaty nie żałować, czy też w domu czy na łowach, to wtedy daje człowiekowi spokój". („Bolko zapomniany", s. 61).
Podobnie jak pola i lasy, również wody oraz bagna i trzęsawiska stanowiły domenę działania określonych demonów. Ich działalność w znacznym stopniu stanowiła zagrożenie dla człowieka.
Przypisywano im bowiem wylewy rzek, wciąganie ludzi w toń wodną, rwanie sieci rybackich, wywracanie i zatapianie łodzi. Demonom tym nadawano postacie ludzkie (głównie kobiece) oraz człekorybie (połączenie kształtów ludzkich i rybich). Do rzędu słowiańskich demonów wodnych zaliczamy zwłaszcza białoruskie ondyny, ukraińskie wodnyje rusauki, wielkoruskie wodjany i wodjanichy, łużyckie nykusy, bułgarskie stychije, serbochorwackie wiły wodne zwane brodawicami czy polskie wodnice, utopce i topielice. Niektóre z tych demonów (wodjany, wodjanichy, nykusy, utopce i topielice) często utożsamiane były z duszami ludzi utopionych (topielców). Demonom rodzaju męskiego (wodjany, nykusy, topce) najczęściej przypisywano panowanie nad szczególnie niebezpiecznymi topieliszczami i groźnymi wirami wodnymi. Nieco inaczej natomiast pojmowano żeńskie wyobrażenia demonów wodnych, a zwłaszcza ondyn, wodnych rusałek, stichij i brodawic.
Wyobrażeniom ich nadawano postacie pięknych młodych dziewcząt, które ukazywały się nocą (zwłaszcza w czasie pełni księżyca) nago lub w skąpym odzieniu. Wabiły one swoimi kształtami i cudownym śpiewem młodzieńców do wody, gdzie ich topiły. Mogły one zaganiać ryby do sieci i tym samym zapewniać rybakom dobre połowy, ale mogły też niszczyć sieci i zatapiać łodzie rybackie. Tak więc kaprysy i zmienne nastroje decydować miały o ich stosunku do ludzi.
(...)
Także demonom wodnym składali Słowianie ofiary, niekiedy nawet okazałe, aby uchronić pola od powodzi, groble i młyny od zniszczenia, ludzi od utopienia oraz by wyjednać sobie dobre połowy.
Zwyczaj ten najtrwalej zachował się wśród rybaków i młynarzy rosyjskich, którzy jeszcze na przełomie XIX — XX w. przeznaczali na ofiary dla demonów wodnych drób i trzodę chlewną, a niekiedy nawet krowy i konie. K. Moszyński podaje, powołując się na A. Afanasjewa, następujący przypadek ofiarowania konia demonowi wodnemu, a zarejestrowany pod koniec XIX w. w obwodzie archangielskim: „Wiosną, gdy wody poczynały wzbierać, wieśniacy kupowali pospólnie całą gminą konia, nie targując się o jego cenę, następnie w ciągu trzech dni karmili go starannie i wreszcie, spętawszy go oraz uwiesiwszy mu dwa młyńskie kamienie na szyi i namaściwszy łeb miodem, zatapiali" (KLS, s. 681).
(...)
Kolejny przedmiot naszych rozważań stanowi krąg tych słowiańskich wyobrażeń demonicznych, które stanowią personifikację zjawisk życia społecznego. Na pierwszy plan wysuwają się tu demony przeznaczenia i losu ludzkiego. Trzeba przyznać, iż wiara w tego rodzaju wyobrażenia demoniczne stanowiła zjawisko powszechne wśród ludów europejskich. Wierzenia w demony losu i przeznaczenia szczególnie rozwinięte były wśród Słowian południowych (Bułgarzy, Serbowie czy Chorwaci), o czym wzmiankują już źródła historyczne z XII w. Znacznie późniejsze są natomiast wzmianki (XIV — XV w.) o występowaniu danych wątków wierzeniowych w kulturach ludowych Wielkorusinów, Białorusinów, Czechów, Słowaków i Polaków. Demony te występowały pod różnymi nazwami: bułgarskich narecznic, czeskich sudiczek, chorwackich sużenic, serbskich sudzienic, słowackich sujenic, wielkoruskich i białoruskich rożanic czy polskich rodzanic. Były to demony rodzaju żeńskiego i przypisywano im funkcje opiekuńcze nad kobietami ciężarnymi do momentu narodzin dziecka oraz nad noworodkiem, któremu wyznaczały dalsze koleje życia.
Ponadto utożsamiane były z demonami doli ludzkiej — opiekuńczymi duchami życia człowieka i jego spokojnej egzystencji. Niekiedy demonom tym przypisywano jakieś szczególne zamiłowania, które mogły z kolei ofiarować ludziom, np. zamiłowanie do pracy na roli, hodowli bydła czy prowadzenia handlu. Należało więc szczególnie troszczyć się o przychylność tych istot demonicznych poprzez składanie im ofiar przy urodzinach dziecka oraz wszelkich ważniejszych wydarzeniach, uroczystościach i świętach rodzinnych.
(...)
Ważną też rolę w życiu rodzinnym odgrywały wyobrażenia demonów domowych towarzyszących na co dzień w jego blaskach i cieniach. Wzmianki na dany temat występują w „Kronice" Adama z Bremy oraz źródłach ruskich z XIV w. Do rzędu tych demonów zaliczamy wielkoruskie domowoje diedy, dieduszki, domowoje, podpoljanniki, chlewniki, gumenniki i kikimoły, białoruskie janczeny i damawiki, małoruskie domowyki, łużyckie koboldy i plony, czeskie dziwożonki, czarnogórzańskie sjeny, słowackie śkraty, śkratece i śkra-teki oraz polskie kłobuki (Mazury i Warmia), choboldy (Pomorze), ubożęta i skrzaty (Śląsk i Małopolska), a także rody. Wyobrażeniom tym najczęściej nadawano postacie małych ludzików odzianych w stroje o barwach czerwonej, żółtej i białej. Uważano, że .....przebywają po chałupach, mieszkają w mysich dziurach, malutkie, maliciuperne, że je ledwo od ziemi widać, szare i niepozorne.
(...)
W grupie szkodliwych dla człowieka demonów niewątpliwie na pierwszym miejscu umieścić należy demoniczne wyobrażenie śmierci. Ludowa wizja tego demona najczęściej odwoływała się do postaci starej kobiety okrytej białym całunem żałobnym, pod którym ukrywała oścień albo niewidzialny młot, lub do postaci żywego kościotrupa z kosą w ręku. Wyobrażeniu temu nadawano też postacie zwierzęce, zwłaszcza kota, sowy i myszy. Dość powszechny był pogląd, iż zbliżanie się demona śmierci sygnalizowane jest ludziom przez niektóre zwierzęta (np. wycie psów. niepokojące rżenie koni czy hukanie puchacza). Różnie też przedstawiano sposoby działania tegoż demona.
Mógł on pozbawiać ludzi życia niewidzialnymi strzałami z łuku, symbolicznym cięciem kosy czy uderzeniem niewidzialnym młotem w głowę, jak również poprzez wyciąganie z nich duszy za pomocą ościenia. Wierzono także, iż niekiedy śmierć można przechytrzyć i oszukać, a nawet ją uwięzić i tym samym można było dalej cieszyć się pełnią życia. Ślady tego typu wierzeń występują w licznych słowiańskich baśniach i opowieściach ludowych.
(...)
W wierzeniach słowiańskich występowały także i inne postacie demonów szkodliwych, które stanowiły uosobienie chorób i plag społecznych. Dręczyły one ludzi i zwierzęta, podmieniały nowo narodzone dzieci itd. Nadawano im zwłaszcza postacie starych kobiet o odrażającym wyglądzie, odzianych w brudne i podarte szaty. Wierzono, iż najczęściej spotkać je można było na rozstajach dróg. Wieczorną porą demony te zakradały się do siedzib ludzkich, gdzie smarowały ludzi niewidzialną maścią lub zakażały ich swoim zatrutym oddechem czy dotykiem, wywołując tym samym bóle i choroby. Dręczyły także drób, trzodę chlewną, bydło i konie, sprowadzając na nie pomór i różne plagi. Były to wszelakiego rodzaju nocznice, płaksanie, mamuny, samojadki, złydnie itp.
Do danej grupy demonów zaliczyć też należy czarty i biesy stanowiące personifikację bliżej nie określonych złych sił. Nabrały one nowej treści dopiero w połączeniu z wyobrażeniami diabłów chrześcijańskich.
(...)

Demonologia wiatrów i wirów powietrznych

Już w literaturze staropolskiej natrafić można na drobne wzmianki świadczące o występowaniu procesów mito- i demonologizacji zjawiska wiatru. „Polacy czcili powiew delikatny powietrza, na kłosach zboża i liściach drzew przechodzącego z sykiem, nazywali bóstwo jego Poświstem". Tak pisał Maciej z Miechowa zw. Miechowitą (1453 lub 1457—1523) w dziele „Chronica Polonorum".
Z kolei M. Błażowski do tłumaczonego w 1611 r. na język polski dzieła M. Kromera (ok. 1512—1584) „De origine et rebus gestes Polonorum libri XXX" wprowadził następującą uwagę: „Pochwiściel wiatrem albo wichrem świszczącym jest, który więc z wielkim pochopem przypadłszy, na cokolwiek trafi, nagłym obrotem kręci". Dodał przy tym, iż wiatr czczony jest także przez Rusinów, którzy oddają mu wyrazy szacunku przez głęboki skłon głowy.
Wzmianki powyższe przemawiają na rzecz tezy o słowiańskim rodowodzie naszych ludowych wyobrażeń demonów powietrznych. (We poświsty i poświściele wydają się echem dawnych słowiańskich bóstw żywiołów wiatru, o których tylko te drobne ślady zachowały się w ówczesnej kulturze ludowej. W okresie XVII—XVIII w. dotychczasowe wierzenia ludowe rozwinęły się i wzbogaciły o wątki diabłologiczne przejęte od religii chrześcijańskiej. Dokonało się to pod wpływem szeregu czynników, ale głównie w rezultacie oddziaływania wydawanej wówczas katolickiej literatury konfesyjnej i intensyfikacji działalności misyjnej prowadzonej przez Kościół w środowiskach wiejskich. Kwestię tę omawialiśmy już w poprzednim rozdziale. W konsekwencji tych oddziaływań doszło do ukształtowania się specyficznej ludowo-chrześcijańskiej wizji demonologii powietrznej, jaka następnie zarejestrowana została — poczynając od połowy XIX w. — w naszej literaturze etnograficznej i znalazła bogate odzwierciedlenie w folklorze ludowym.

Latawce

Szczególnym wyobrażeniem w kręgu demonologii powietrznej jest latawiec. Pierwsze wzmianki w piśmiennictwie polskim dotyczące tej postaci demonicznej odnajdujemy w literaturze konfesyjnej z końca XVI w. Były one szczególnie tendencyjne; negowały ludowy charakter wierzeń o latawcu i przedstawiały go jedynie jako jedną z licznych postaci diabła. Pogląd ten reprezentował m.in. W. Gilowski, który w swoim „Wykładzie katechizmu kościoła krześcijańskiego z Pism świętych" do rzędu istot diabelskich zaliczył „...górne jędze, powietrzne duchy, latawce...", jak również szereg innych jeszcze wyobrażeń demonologii ludowej. W uzasadnieniu tego poglądu powołał się W. Gilowski na wzmiankę o latawcu występującą w dziele teologa i filozofa chrześcijańskiego św. Augustyna „De civitate Dei". W utworze tym św. Augustyn stwierdzał: „...iże są latawce, nagrawacze białych głów, którzy sprawy grube miewają z niewiastami, o których sprawach wiele ich twierdziło, tak iże temu miejsca nie dawać jest wielkie głupstwo. Wszakże co o nich plotą ludzie, żeby latawcy mieli wywodzić dziatek z grobu, które w żywocie z matkami umierają i pochowane bywają, toć babski wymysł a obmówka szatańska..."
W innych utworach z tego okresu odnajdujemy także próby charakte- rystyki tego wyobrażenia demonicznego, podejmowane również w duchu interpretacji chrześcijańskiej. I tak w anonimowym dziele „Postępek prawa czartowskiego przeciw narodowi ludzkiemu" czytamy, iż latawiec „...też jest z narodu czartowskiego; na ziemi a na powietrzu się chowa (...), jedno iż często na się bierze ciało obłudne, w cieniach się chowa jak nietoperz albo kret.
Używają też jego posług baby i wszystkie czarownice i rozmowy z nim miewają w cieniu, tak że jedno drugiego nie widzi, jeno pomaca". Znacznie natomiast rozwinięty wizerunek latawca — jako wielce sprośnego diabła powietrznego napastującego nocną porą uczciwe i bogobojne niewiasty i zmuszającego je do popełnienia grzechu nieczystości — nakreślił Stanisław z Gór Poklatecki w utworze „Pogrom, czarnoksięskie błędy, latawców zdrady i alchemickie fałsze". Charakterystyce latawca poświęcił on znaczhą część tego dzieła, zatytułowaną następująco: „Księgi piąte zdrady latawców jawne czynią".
Niezmiernie trudno jest dziś stwierdzić, czy latawiec był demonem ludowym pochodzenia słowiańskiego, któremu następnie przypisane zostały cechy postaci szatańskiej, czy też stanowił echo jakiejś zachodnioeuropejskiej postaci demonicznej wchłoniętej przez chrześcijaństwo i następnie importowanej do Polski jako jedno z wyobrażeń diabła. Tutaj wyobrażenie to uległo szerokiemu upowszechnieniu w środowiskach wiejskich, stając się następnie jednym z wyobrażeń ludowo-chrześcijańskiej demonologii powietrznej. O funkcjonowaniu tego wyobrażenia demonicznego w świadomości naszego ludu świadczyć może fragment zeznań złożonych w 1664 r. przed sądem miejskim w Turku przez kobietę oskarżoną o uprawianie czarów. Oskarżona, przedstawiając sabaty czarownic odprawiane na Łysej Górze, stwierdziła m.in., iż do tańca „...grał nam latawiec na wielkich skrzypkach" (APP Księgi miejskie Turka I—30, k. 47). Na takim to magicznoreligijnym podłożu ludowej formacji katolicyzmu polskiego doszło na przełomie XVIII i XIX w. do ukształtowania się kilku wersji wyobrażenia latawca. Najogólniej można je scharakteryzować następująco:
1. Nocne demony powietrzne rodzaju męskiego, najczęściej utożsamiane z takimi zjawiskami, jak wędrujące gwiazdy, komety i spadające meteoryty. Uważano, że latawce nawiedzają kobiety — zwłaszcza młode i samotne — i używają z nimi rozkoszy miłości ziemskiej. „Spadająca gwiazda — pisał S. Goszczyński w nocie objaśniającej do «Zamku kaniowskiego» —jest podług ich (ludu wiejskiego) mniemania latawiec (rodzaj powietrznego złego ducha). O jego miłostkach z kobietami często posłyszeć można" („Pisma", Lwów 1838, I, s. 114—115). Z kolei, opierając się na opowieściach ludowych z regionu Mazowsza i okolic Gór Świętokrzyskich, K. W. Wójcicki nakreślił dość liryczną charakterystykę postaci latawca i jego romantycznych perypetii ziemskich.
Oto kilka fragmentów z tego opisu:
„Latawiec, gdy wypatrzył sobie najpiękniejszą niewiastę czy dziewoję wiejską, zrywał ogniwo złote, którym był przykuty do nieba, i rzucał się z obłoków. W tym przelocie świecił jak świetna gwiazda, ale im bliżej ziemi, tracił blask swój niebiański, odpadały mu skrzydła, a przybierał postać najdorodniejszego młodzieńca.
Żadna kobieta nie była w stanie oprzeć się potędze jego spojrzenia. A dotknięcie ręki Latawca zamieniało ją prawie w kamień. Wlepiała w niego oczy z nieopisaną rozkoszą, serce jej uderzało nie znanym jej nigdy uczuciem, pragnęła jego pieszczoty, a mdlała w uściskach Latawca.
Od pierwszej chwili poznania go, jakby nie należała do ziemi, zrywała wszelkie stosunki rodzinne.
Nic ją w domu nie zajmowało, uciekała od zabawy, tańca i muzyki, a biegła w to miejsce, gdzie pierwszy raz Latawca ujrzała. Stąd, wlepiwszy tęskne oczy w niebo, wzywała go spojrzeniem, głosem i pragnieniem serca. (...)
Kobieta, którą ukochał Latawiec, krótko żyje na bożym świecie, gwałtowne uczucie miłości prędko trawi w niej siły życiowe; tęsknota codzienna z wolna dobija, usycha jak wiór i umiera w samotności, bo w tej chwili opuszcza ją Latawiec. (...)
Bywały przypadki, że Latawiec, który tylko w nocy nawiedzał swoją kochankę, zbyt długo z nią bawił i doczekał na ziemi wschodu słońca, tracił i warkocz złocisty, i białe świecące skrzydła, a po siedmiu dniach i trzech godzinach umierał jak prosty człowiek. Duch jego wracał wprawdzie do nieba, ale już więcej Latawcem być nie mógł i nigdy ziemi nie dotknął" („Klechdy...", s. 245—246).
2. Nocne złe demony powietrzne rodzaju żeńskiego, wywodzące się z dusz porońców i utożsamiane ze zjawiskiem spadających gwiazd. Wierzono, iż demony te przybierają postacie powabnych dziewcząt i uwodzą mężczyzn, a następnie zabierają im dusze. O tej wersji wyobrażenia latawca pisał L. Siemiński w „Rysach górali tatrzańskich", co następuje: „Do innego rodzaju istot nadprzyrodzonych należą jeszcze strzygi, latawce, łełeki, które rodzą się z gwiazd, w podaniach bowiem gminu gwiazdy spadające są to dusze zrodzonych dzieci z uwiedzionych dziewcząt.
Widząc lecącą gwiazdę, a chcąc uratować duszę, trzeba rzucić w górę płatek płócienny"
(„Orędownik naukowy", 1842, nr 42, s. 347). W powyższej wzmiance L. Siemiński dokonał pewnego zniekształcenia poprzez sprowadzenie do wspólnego mianownika dwóch — zasadniczo różnych pod względem zakresu funkcjonowania społecznego — wyobrażeń demonicznych, jak strzygi i latawce. We wschodnich regionach Polski dość powszechny w XIX w. był pogląd, iż osoba mająca przy sobie główkę czosnku nie powinna obawiać się napaści latawca. Natomiast osoba (bez względu na płeć) zniewolona już przez latawca może jeszcze wyzwolić się od jego uroku i uratować swoją duszę poprzez stosowanie różnorodnych zabiegów magicznych. Do najczęściej stosowanych zaliczyć należy picie naparu z mieszanki trzech ziół — wonieją, stulika i lastowicznika (zioła te używane były także w wielu innych zabiegach magicznych) — oraz nacieranie nim całego ciała, jak również okadzanie dymem ze spalonego suchego łajna świńskiego.
3. Demony powietrzne pojmowane jako dusze dzieci zmarłych bez chrztu, a niekiedy także i porońców, latające z wiatrem, jak również i z burzą. Wierzono, iż mogą one przybierać postać ludzką, w zasadzie jednak wyobrażano je sobie pod postacią małych ptaszków, puszczyków, białych gołębi czy dużych czarnych ptaków. Niekiedy miały one napastować ludzi przechodzących drogą czy pracujących w polu, domagając się od nich chrztu. Ich ulubionym miejscem pobytu były krzyże i figury święte stojące przy rozstaju dróg (na tzw. krzyżówkach). „Niekiedy — jak podaje O. Kolberg — wraz z burzą i wichrem skazani pędzić po bagnach, trzęsawiskach, wertepach itp. robią przeraźliwe wrzaski, które grom zagłusza. Czasami też w miejscu, gdzie skonały, bardzo żałosnym głosem wołają: chrztu! Wtedy wielką jest zasługą wysłuchać ich prośbę i udzielić im chrztu wodą i słowem, dając im na imię Adam i Ewa, bo nie wiadomo, jakiego rodzaju (płci) był nieboszczyk, jeżeli się odzywa jeden" („Radomskie", s. 145). Należy tu podkreślić, iż ta właśnie wersja latawca stanowiła dość powszechny wątek wierzeniowy w polskiej kulturze ludowej i niektóre jej rudymenty zachowały się do doby współczesnej. Dowodem może tu być zarejestrowana w 1963 r. następująca wypowiedź mieszkanki wsi Bieśnik (woj. rzeszowskie): „Z wiatrem latają dusze ludzkie ludzi nie ochrzczonych. Jak ta powietrznica leci, to piszczy, lamentuje. Jak kto nie ma ciężkich grzechów, to pyta się: — Kto ty jesteś? Wszelki duch Pana Boga chwali. Ja cię chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Jakżeś panna, niech ci będzie Anna, a jakżeś młodzieniec, niech ci będzie Wawrzyniec. Po wymówieniu tych słów powietrznica cichnie" (AKE UMCS, 1035).
Poza latawcami znane są także i inne ludowe wyobrażenia demoniczne wiatru o charakterze regionalnym. Wśród mieszkańców terytorium Chełmszczyzny występował pogląd, iż cztery tajemne istoty duchowe, działające pod zwierzchnością Witroduja, dmuchaniem swoim wysyłają wiatry na cztery strony świata. Z kolei Łemkowie wierzyli, iż demon wiatru jest potężnego wzrostu mężczyzną, który zamieszkuje wśród konarów wielkiego rozłożystego drzewa rosnącego samotnie na wysokim i stromym szczycie górskim. Z tej swojej siedziby kieruje podmuchami wiatru na całym świecie. Natomiast według wierzeń kaszubskich demony powietrzne pojmowane były — jak podają R. Ostrowska i I. Trojanowska w „Bedekerze kaszubskim" — „...jakby członkowie rodziny, postacie bliskie, znane z imienia, przywar i zalet. A więc ciotką jest południowa Zyda, przynosząca deszcz, a wujem — West, zapowiadający marne połowy i głód w checzach. Przyjaciel to Żywnik, wiejący ze wschodu i napędzający ryby do sieci. Dokuczliwym figlarzem bywa Kręć--Kręceszk, ale jeszcze groźniejszym jest Szalińc, diabelski wysłannik. Natomiast piękna i przyjazna Glada niesie ciszę i pogodę, nie wiadomo tylko na jak długo" (s. 324).

Demony wirujące

Gwałtowne wichury i wiry powietrzne uległy w świadomości ludu wiejskiego procesom personifikacji demonologicznej. Należy przypuszczać, iż na ukształtowanie się danych procesów przemożny wpływ miały następujące czynniki:
1. Zjawisko wiru powietrznego musiało bardzo silnie fascynować ludzi i oddziaływać na ich wyobraźnię w kategoriach relacji człowiek — przyroda. „Wirowanie wichru, czyli jego «taniec» — pisał K. Moszyński — wywoływało kojarzący się z tym obraz wesela. Polacy i wszyscy Słowianie Wschodni często wyrażają się o wichrze, że to jest «czarcie wesele» albo, że to «czart się żeni»" (KLS, s. 476). Dodać tu należy, iż zjawisko tańca wirowego stanowi, według poglądów ludowych, atrybut działania także szeregu demonów leśnych i wodnych. Ale o tym już w następnym rozdziale.
2. Dane zjawiska atmosferyczne bardzo często przynosiły ujemne skutki zarówno dla gospodarstwa, jak i dla samego człowieka. Potężne wichury zrywały dachy domów, wyrywały drzwi i okiennice, niszczyły drzewostan, rozwalały stogi i powodowały szereg innych szkód w obejściu i na polu (np. kołowaciznę owiec czy wyleganie zbóż). Z kolei szereg chorób i dolegliwości występujących u ludzi wyprowadzano z faktu „owiania" czy „trącenia" przez „złe powietrze", jak np. obłęd, zawroty głowy, niemoc, paraliż czy wszelkiego rodzaju opuchliny i wyrzuty skórne, a niekiedy nawet i śmierć. Stąd zapewne wywodzi się popularne w regionie siedleckim powiedzenie: „Wiatr trącił — wiatr ubił". Przypomnieć tu także warto, iż do niedawna jeszcze w środowiskach wiejskich obowiązywało tabu otwierania okien w izbach. Przestrzeganie tego tabu chronić miało ludzi przed nieoczekiwanym wtargnięciem do wnętrza mieszkania „cugu" mogącego spowodować jakieś dolegliwości czy choroby. W tym też kontekście dopatrywać się należy utożsamiania atmosferycznych zjawisk wichrów i wirów powietrznych z działalnością złych mocy nadprzyrodzonych.
O zaistniałej — na wskazanym powyżej podłożu — demonicznej (a zwłaszcza diabolicznej) interpretacji omawianych zjawisk atmosferycznych świadczą liczne wątki wierzeniowe zarejestrowane w XIX w. przez O. Kolberga. Dla ilustracji danego faktu odwołujemy się do kilku z nich: „Kiedy dwa wiatry przeciwne uderzą w siebie, (...) zrywa się wówczas słup kurzu, który się szybko wkoło kręci i coraz więcej wzmaga, dopóki siła wiatru nie rozbiegnie się w powietrzu. Wtedy to mówią, że się diabeł cieszy, tańczy i młynkuje, a niebezpieczną jest rzeczą zbliżać się do takiego wiru, albowiem bywały przypadki, że ciekawego lub nieostrożnego porwie licho, niesie w powietrze i potem ciska na ziemię" („Lubelskie", s. 75).
„Kiedy burza, którą nazywają trąbą powietrzną, w r. 1824 wyłamała znaczną część lasu za Bełżycami w przestrzeni jednej mili, mówiono, że się tam diabeł rozgościł i dobrze ucieszył.
Widziano wówczas gruszę, znacznej wielkości drzewo, przez tę burzę z korzeniami wyrwane i przeniesione o kilkaset kroków na pole; nikt jej siekierą dotknąć się nie śmiał, a rolnik, na którego polu leżała, przy uprawie roli i siejbie omijał ją z daleka" („Lubelskie", 75);
„Wir i zawierucha — to oznaki, iż czart w piekle wesele odbywa swoje. Trwają one tak długo, dopóki w swe szpony jednego przynajmniej nie porwą człowieka i panu młodemu nie złożą w ofierze. Ale złożą tego tylko, kogo Pan Bóg «przeznaczy» — boć do innego i zły duch nie ma «przymierza»" („Tarnowskie—Rzeszowskie", s. 268).
„W czasie roboty w polu, gdy przyjdzie mocny wiatr, a osobliwie gdy zadmie gwałtowny wicher, chłop dla odstraszenia złego ducha zatyka swój nóż lub kozik w drzewo od pługa. W domu wówczas będąc, zatyka goły nóż w próg lub w szparę ścian" („W. K. Poznańskie", s. 127).
(...)
W swoich wypowiedziach informatorzy dość różnorodnie przedstawiali wątki wierzeń demonicznych będących uosobieniem zjawiska wiru powietrznego. Oto kilka takich wypowiedzi:
„Opowiadano, że z takim wiatrem, co się kręci, lata dusza jakiejś ladacznicy. To tańczy dusza panny, która umarła w tańcu. Za dużo w życiu tańczyła, używała i teraz po śmierci jej dusza tańczy z diabłem" (AKE UMCS, 1129).
„Opowiadano, że z wiatrem latają złe duchy. Jednej kobiecie mąż się powiesił. Ludzie widzieli, jak przylatywał do niej taki wietrzny wąż z ogniem. Był to jej były mąż, przylatywał do niej. Ona sama to stwierdzała podobno" (AKE UMCS, 1143).
„Z wiatrem tym lata diabeł. Gdy w taki kręcący się wiatr wrzucić nóż, to wtedy na nożu ukaże się krew" (AKE UMCS, 1457).
„Opowiadano, że jak się ktoś powiesił, to taki wiatr wieje. Za karę, za tę zbrodnię, co się powiesił, ten wiatr ma go wyhuśtać. Musi mocno dyndać" (AKE UMCS, 1047).
„Opowiadano, że jak taki wiatr wieje, to znaczy, że gdzieś wieziono nieboszczyka, który za życia był złym człowiekiem. Jeden nawet opowiadał, że jak raz wieźli nieboszczyka, to taki wiatr się zerwał, że konie nie chciały iść. Mówiono, że w takim wietrze coś siedzi, coś jest. Ale nikt nie wie, co tam jest" (AKE UMCS, 1049).
„W wietrze takim latają ogniki. Bratu matki, w czasie takiego wiru, stargały cały kożuch i męczyły go przez całą drogę. Ogniki takie to były dusze topielców i wisielców" (AKE UMCS, 1055).

Z przytoczonych powyżej wypowiedzi informatorów wynika, iż prezentowane wątki wierzeń w demony wiru powietrznego pojmowane są głównie w kategoriach czasu przeszłego oraz zawierają w swych treściach szereg elementów zaczerpniętych z chrześcijańskiej doktryny religijnej i moralnej (istota diabła, wiara w pokutę i potępienie wieczne). Tak więc mamy w tym przypadku do czynienia z pewnym wycinkiem ludowo-chrześcijańskich wyobrażeń demonicznych ulegających procesowi zanikania. Wyobrażenia te stanowią składnik tradycyjnego światopoglądu mieszkańców wsi polskiej, a więc określonego stereotypu ich wyobrażeń o rzeczywistości przyrodniczej, w tym także i omawianego zjawiska wiru powietrznego. Funkcjonowanie danego stereotypu poglądów szczególnie jednak jaskrawo uwidacznia się w znanych z przekazu tradycji i niekiedy stosowanych jeszcze licznych technik samoobrony przed groźnymi i szkodliwymi działaniami gwałtownych wichrów i wirów powietrznych, a tym samym przed złymi mocami w nich tkwiącymi. Techniki te opierają się zwłaszcza na pewnym rytuale tradycyjnie ustalonych gestów i formuł słownych, u których podstaw tkwi magiczno-mitologiczny stereotyp myślenia archaicznego, szczególnie charakterystycznego dla zbiorowości wiejskich. W kulturze ludowej z terenów Polski wschodniej dało się stwierdzić — w wyniku dokumentacji faktograficznej z badań terenowych — występowanie pięciu zasadniczych grup stosowanych technik samoobronnych przed wirami powietrznymi. W większości z tych technik zachowały się jeszcze pewne ślady wzmiankowanego myślenia archaicznego. Przejdźmy do krótkiej charakterystyki tychże grup:
1. Działania ukształtowane na podłożu religii chrześcijańskiej (zwłaszcza rzymskokatolickiej).
Polegają one na odwoływaniu się do chrześcijańskich praktyk kultowych i symboliki, jak przeżegnanie się znakiem krzyża, przeżegnanie się i odmówienie okolicznościowej modlitwy
(najczęściej „Zdrowaś Maria"), przeżegnanie się i zawołanie „Jezus, Maria, Józefie święty, ratuj!" lub „Jezusie, Mario, odpędź złego!", uklęknięcie i przeżegnanie się.
2. Działania ukształtowane na podłożu ludowego synkretyzmu religijnego. Polegają one na odwoływaniu się do ludowo-chrześcijańskich praktyk o charakterze magiczno-religijnym i związanej z tymi praktykami symboliki, jak przeżegnanie się z twarzą skierowaną w stronę wiatru, przeżegnanie się i odwrócenie plecami do wiatru, przeżegnanie się i wypowiedzenie formuły zaklęcia wiatru, przeżegnanie się i splunięcie za siebie.
3. Działania ukształtowane na podłożu dawnych tradycji praktyk magicznych. Polegają one głównie na odwoływaniu się do magii gestów, jak trzykrotne splunięcie za siebie i położenie się na ziemi bądź też plucie przed siebie z twarzą skierowaną w stronę wiatru.
4. Działania ukształtowane wprawdzie na podłożu religii chrześcijańskiej, ale zawierające już pewne elementy racjonalnego stosunku do zjawisk atmosferycznych. Polegają one z jednej strony na odwoływaniu się do chrześcijańskich praktyk kultowych i symboliki, z drugiej zaś strony na wykonywaniu pewnych czynności racjonalnych, jak przeżegnanie się i ucieczka z okrzykiem:
„Jezusie, Mario, ratuj!", położenie się na ziemi i odmawianie modlitwy, przeżegnanie się i kucnięcie w zbożu czy przeżegnanie się i ucieczka do domu.
5. Działania ukształtowane wyłącznie na podłożu racjonalnym. Polegają one na odwoływaniu się do praktyki doświadczenia społecznego, jak położenie się na ziemi, kucnięcie w zbożu, zejście z „drogi" wiatru czy ucieczka do domu.
(...)

Demony chmur burzowych i gradowych

Wśród wyobrażeń z kręgu demonologii atmosferycznej za szczególnie złośliwie ustosunkowane do ludzi uważane były demony chmur burzowych i gradowych. Wyobrażeniom tym przypisywanp sprowadzanie burz, ulewnych deszczy i opadów gradowych, a także długotrwałe powstrzymywanie opadów deszczu i tym samym przyczynianie się do klęsk suszy. Uważano, iż od kaprysów danych istot demonicznych w dużym stopniu uzależnione są zbiory płodów rolnych, jak również bezpieczeństwo domów i budynków gospodarskich narażonych na pożary wywoływane od uderzeń piorunów. Stąd też mieszkańcy wsi wiele uwagi poświęcali walce z tymi demonami i poszukiwaniu jak naj- skuteczniejszych sposobów i technik samoobrony przed skutkami ich groźnej działalności. Jak wzmiankuje szereg źródeł historycznych, w XVII w. na terenach Mazowsza i Wielkopolski przy zwalczaniu burz i gwałtownych wiatrów często odwoływano się do pomocy tzw. Wiatraczników (młynarzy z wiatraków). Mniemano, iż posiadają oni wiedzę tajemną o danych zjawiskach atmosferycznych, ponieważ korzystają z ich usług przy wykonywaniu swoich czynności zawodowych. Należy jednak przypuszczać, iż działalność owych „specjalistów" od zwalczania demonów chmur burzowych i gradowych nie zadowalała w pełni ówczesnych mieszkańców wsi.
Wskazuje na to fakt, iż w połowie XVIII w. zaczął upowszechniać się zwyczaj odwoływania się do pomocy Kościoła i symboliki chrześcijańskiej. Kształtują się wówczas ludowo-chrześcijańskie praktyki zwalczania omawianych wyobrażeń demonicznych. Polegały one głównie na odpędzaniu chmur burzowych i gradowych poprzez bicie w dzwony kościelne i wystawianie w oknach krzyży i obrazów świętych. Zwyczaj ten przejęty został także przez środowiska mieszczańskie. Świadczy o tym m.in. adnotacja w „Księgach miejskich Brzeźnicy" stwierdzająca, iż mieszkańcy tego miasteczka w 1781 r. odpędzali chmury burzowe poprzez bicie w dzwony kościelne. Obok dzwonów kościelnych używane były w tym celu także małe dzwoneczki, które w XIX w. uzyskały miano loretańskich. Tak pisał o nich O. Kolberg: „Dzwonek loretański, zw. prawdziwy, to jest taki, który z Loretu pochodzi albo przynajmniej mający kształt podobny, a ku głoszeniu czci religijnej używany, mówią, że ma taką własność, iż skoro w czasie nadchodzącej chmury z burzą, gradem i piorunami zacznie się nim dzwonić, biegając koło domu i gumna, na ten czas chmura rozrywa się, burza się rozdziela i rozbija, grad niknie w powietrzu, a piorun nie uderzy w budowę" („Lubelskie", s. 82). Dzwoneczki te nabywane były na okolicznych odpustach i po poświęceniu w kościele posługiwano się nimi w konkretnej potrzebie. W początkach XX w. władze kościelne wydały kategoryczny zakaz używania dzwonów kościelnych w celu odpędzania chmur burzowych i gradowych, co zapewne wpłynęło także na zanikanie wierzeń w magiczną moc dzwonka loretańskiego.
Był to natomiast szeroko rozpowszechniony w XIX w. wątek wierzeniowy. Już samo posiadanie w domu dzwonka loretańskiego dawało jego mieszkańcom poczucie bezpieczeństwa. Kiedy zaś nadciągały groźne chmury burzowe i gradowe nad wieś, gospodarze wychodzili na swoje pola i obróceni twarzami w kierunku zbliżającej się nawałnicy dzwonili tymi dzwoneczkami i odmawiali głośno modlitwy błagalne do Boga. Dzwonki takie zawieszane były także w kapliczkach przydrożnych. Adnotację na ten temat znajdujemy w jednej z relacji O. Kolberga z wędrówki po Podhalu: „Szosa z Chabówki do Zakopanego wiedzie przez Nowy Targ. Z daleka piętrzą się Tatry nacechowane w tej odległości jeszcze czarnymi liniami na horyzoncie, a ku nim ugru- powane malowniczo coraz wyższe wzgórza i coraz powabniejsze doliny, wśród których rozsiadły się wioski i sioła Górali. Co parę kilometrów widzi się na wyniesieniu kapliczkę, figurę świętą lub krzyż. Na zapytanie, dlaczego tak często znajdują się tu kapliczki stojące zupełnie na odosobnieniu, odpowiedział nam Góral, że kiedy gęste i czarne chmury zbiorą się nad górami i nawałnica grozi nieszczęściem, natychmiast w kapliczkach tych dzwonią i chmury się rozdzielą, grzmoty i pioruny milkną i deszcz padać przestaje" („Góry i Podgórze", s. 496).
W monografiach regionalnych O. Kolberga zarejestrowane zostały także inne XIX-wieczne sposoby obrony przed nieszczęśliwymi dla człowieka konsekwencjami działalności demonów chmur burzowych i gradowych. Były to m.in. takie sposoby, jak wystawianie przed dom na czas burzy łopaty od chleba i siekiery skierowanej ostrzem w niebo oraz okadzanie w tym czasie mieszkania zielem rozchodnika poświęconym na Boże Ciało („Sanockie—Krośnieńskie"), usuwanie z domu wszelkiej zwierzyny (np. psów i kotów), szczelne zamykanie okien i drzwi oraz palenie gromnicy i głośne odmawianie modłów do M. B. Częstochowskiej („Kaliskie i Sieradzkie") itd. Do szczególnie jednakże wymyślnych praktyk zabezpieczających zaliczyć należy:
1. „Oborane po granicach pola gospodarstwa czy też wsi (...) przez dwóch młodzieńców braci bliźniaków i parą wołów, które by także były bliźniakami, są zupełnie wolne od gradu, a nawet w takie okolice jak świat światem już grad padać nie może".
2. „Albo też na granicach wsi, nazajutrz po Wielkiej Nocy, rozbiega się trzech starych łysych gospodarzy, a przygotowane w torbach kości po mięsiwie święconem pozostałe, motyką drewnianą zakopują".
3. „Albo na Boże Ciało napisane cztery Ewangelie zawiązują w wianki, które się święcić zwykły, i takowe zostawiają w kościele przez całą oktawę; po oświeceniu biorą te Ewangelie wraz z wiankami i także na granicach pól zakopują" („Lubelskie", s. 78-79).
(…)
Także przy długotrwałych suszach odwoływano się do różnorodnych praktyk magicznych mających w konsekwencji doprowadzić do ściągnięcia deszczu na ziemię. W XIV i XV w. takim skutecznym zabiegiem miało być oprowadzanie nagiej dziewicy po polach dotkniętych suszą. W czasie tej wędrówki dziewczyna oblewana była wodą. Poczynając zaś od XVI—XVII w., również w tej sferze wierzeń ludowych, zaczęto wprowadzać niektóre elementy praktyk przejmowanych z religii chrześcijańskiej, jak procesje obchodzące granice pól miejscowości dotkniętych posuszą, zespołowe modły i śpiewy błagalne, składanie ofiar na kościół itp.
(...)
Według przekazu ok. 48% informatorów chmury burzowe i gradowe stanowiły miejsce przebywania lub domenę działania różnych mocy nadprzyrodzonych i nadzmysłowych, jak istoty boskie, wyobrażenia demoniczne, a zwłaszcza dusze nie ochrzczonych dzieci, bliżej nie określone dusze ludzi zmarłych oraz duchy bez rodowodu. W wypowiedziach informatorów na ten temat ujawniła się stosunkowo duża różnorodność poglądów:
„Opowiadano, że chmury prowadzą dusze ludzi, którzy popełnili samobójstwo" (AKE UMCS, 317).
„Mówiono, że z chmurami latały dusze niewierzących" (AKE UMCS, 1134).
„Chmury nosiły duchy dzieci zmarłych przed chrztem. Spadanie zaś gwiazdy oznaczało, że gdzieś zmarło właśnie dziecko bez chrztu" (AKE UMCS, 1141).
„Chmury przenoszą chmurniki — duchy, które mieszkały w chmurach. Ludzie mówili, że byli oni ubrani w białe szaty (połóciennice). Nie wiadomo, skąd się tam brali" (AKE UMCS, 1050).
„Słyszałam z opowiadania, że chmurami kierują majtkowie powietrzni; były to dusze ludzi wyklętych, bandytów" (AKE UMCS, 1053).
„Starzy ludzie opowiadali, że chmury przenoszą duchy nazywane duchomówcami. Duchy te brały się z dusz dzieci zmarłych przed chrztem. We wsi było takie miejsce, gdzie rosły wierzby. W te wierzby stale biły pioruny. Opowiadano, że tam panny zakopywały swoje dzieci i dlatego pioruny biły w to miejsce" (AKE UMCS, 1054).
„Chmury przenoszą na swych ramionach płanetniki. Są to czarnoksiężnicy powstali z duchów ludzi powieszonych. Jakieś 35 lat temu płanetniki wzięły mego sąsiada w chmury i kazali mu ciągnąć na powrozach i łańcuchach chmurę przez 5 kilometrów, po czym zmęczonego zrzuciły na ziemię" (AKE UMCS, 1055).
„Starzy ludzie opowiadali, że chmury przenoszą na plecach duchy zmarłych ludzi zabrane przez powietrze w górę. Często słychać, jak duchy trzymające chmury na swych plecach wołają:
«Trzymaj, trzymaj!» Jeżeli nie mogą utrzymać ciężaru chmury i upuszczają ją, następuje oberwanie się jej i powstaje ulewa" (AKE UMCS, 1057).
„Opowiadali starzy ludzie, że chmury przenoszą duchy zwane chmurnikami. Latem szła od zachodu chmurka. Niosło ją dwóch wielkich chłopów ubranych w białobure ubranie z gołymi głowami. Jak promienie słońca przebijały silniej, to było ich dobrze widać. Nie wiedziano jednak, skąd te duchy się brały" (AKE UMCS, 1075).
(...)

Płanetnicy

W wierzeniach ludowych, ukształtowanych w różnych regionach Polski (zwłaszcza Górny Śląsk, Małopolska, południowo-wschodnie rejony Mazowsza oraz Lubelskie i Białostockie), występują istoty na poły demoniczne zw. płanetnikami, jak również chmurnikami czy obłocznikami.
Przypuszczalnie kult tych istot był stosunkowo powszechnym zjawiskiem wierzeniowym na terenie całego naszego kraju. Domeną działania tworów półdemonicznych, podobnie jak omawianych uprzednio demonów, były chmury burzowe i gradowe. Jednakże w różnorodnych zapisach etnograficznych, pochodzących zarówno z XIX w., jak i współczesnych, odnajdujemy bardzo zróżnicowane poglądy na te półdemoniczne istoty. Pozwala to na wysunięcie hipotezy, iż płanetnik nie miał swojego jednolitego pierwowzoru w dawnych słowiańskich wierzeniach demonicznych i stanowi późniejszą syntezę kilku różnych wątków owych wierzeń. Stwarzało to wiele możliwości dla szerokiego ujawniania się sfery fantazji ludowej w kształtowaniu tej postaci.
Według K. Moszyńskiego płanetnikami byli: „...żywi ludzie, posiadający te właściwości, że w czasie burzy lub na krótko przed nią znikają z ziemi w sposób dla innych niedostrzegalny bądź też zostają w oczach świadków «wcią-gnięci» przez chmurę (czy wyjątkowo przez tęczę). Dźwigają oni na sobie chmury i prowadzą je, gdzie im wyznaczono; toteż nieraz można jakoby słyszeć z chmur ich nawoływania lub jęki, o ile chmura gradowa jest zbyt ciężka, zaś «puścić» jej z powodu tych czy innych przeszkód jeszcze nie mogą. Dla pewnego obszaru Polski płanetnicy strzelają piorunami do dusz nie ochrzczonych dzieci. Zdarzać też ma się czasem, że w czasie deszczu spada któryś z nich na ziemię i przez jakiś czas żyje wśród obcych sobie wieśniaków, to znów opowiada lud, że chmura, zabrawszy płanetnika, odnosi go po burzy tam, skąd go wzięła, itd. Mają to być ludzie silni, zwykle młodzi, bardzo wysocy, albo odwrotnie mali chłopcy, tu i ówdzie notowano, że ukazują się w ogromnych kapeluszach" (KLS, s. 649—650). Od tej charakterystyki dość znacznie odbiega określenie płanetnika zamieszczone w „Słowniku folkloru polskiego". Przyjmuje się tu, iż tylko niekiedy jest to żywy człowiek, najczęściej zaś „...są to dusze samobójców lub osób zmarłych nagłą śmiercią, np. topielców; wedle opowieści z okolic Babiej Góry płanetnikiem stał się niewydarzony potworek, ulepiony z gliny przez diabła na podobieństwo ludzkie. Płanetnicy sterują ciężkimi chmurami lub dźwigają je na barkach, zamrażają wodę i ładują ją na obłoki, tną lód w stawach, by sporządzić z niego grad, za pomocą tęczy czerpią wodę z rzek, strzelają z góry piorunami, starają się trafić w ludzi nie chrzczonych. Niekiedy w noszeniu chmur wyręczają się porwanymi z ziemi smokami.
Smok taki wylęga się z węża albo żaby, urasta do potężnych rozmiarów, a zabrany przez płanetników musi wozić na grzbiecie ładunek lodu albo deszczowych chmur. Czasami smok taki pęka, na ziemię wtedy sypie się grad" (s. 317—318).
Zarysowane w niniejszych opisach charakterystyki postaci płanetnika stosunkowo zgodne są jedynie w zakresie przypisywanej im działalności atmosferycznej — „przenoszenia" bądź
„prowadzenia" chmur oraz powodowania burz i opadów deszczu, gradu. Dość istotne natomiast rozbieżności ujawniają się dopiero przy określaniu rodowodu tych istot półdemonicznych, jak również w opisie samej ich postaci. W tym też względzie dają się zasadniczo wyróżnić poglądy, iż płanetnicy są to konkretni żywi ludzie wyróżniający się pewnymi szczególnymi cechami (mądrość życiowa, bogobojność, życzliwość wobec innych ludzi itd.) bądź też występujące w ludzkiej postaci dusze ludzi zmarłych określoną śmiercią lub istoty człekopodobne stanowiące wytwór zabiegów diabelskich.
(...)
Przy charakteryzowaniu postaci płanetników zwracano uwagę na takie cechy ich wyglądu, zachowywania się i ubioru, które pozwalałyby na ich odróżnienie od przeciętnych ludzi.
Najczęściej uważano, iż są to osoby o chudej, wyschniętej postaci i bladej cerze, o surowym i silnym spojrzeniu. Obdarzeni byli dużą mądrością życiową i mocą czarodziejską, dzięki której mogli np. unosić się w powietrze. Lokalnie przypisywane im były takie też cechy, jak przybieranie różnych postaci (np. czarnego psa czy barana) lub stawanie się niewidzialnymi, udziwnienia w sposobie zachowywania się oraz posiadanie różnorodnych uzdolnień. Wyrażano także poglądy, że są to ludzie mający zdeformowaną postać (ułomni fizycznie) lub wysoki wzrost, głowę zawsze wzniesioną do góry, silnie owłosione ciało oraz zawsze mokre włosy i brodę. Najczęściej występować oni mieli w białym płóciennym ubiorze i czarnym kapeluszu, a niekiedy w czarnym miejskim ubraniu. Wyrażano też pogląd, iż ubiór płanetników jest zawsze mokry bądź wilgotny.
Wprawdzie pewna część informatorów wyrażała przekonanie, iż nie mają oni żadnych szczególnych cech i w zasadzie „...niczym nie różnią się od innych ludzi".
Stosowane przez płanetników sposoby walki z chmurami burzowymi i gradowymi podzielić można na dwie zasadnicze grupy, a mianowicie:
1. Czynności i praktyki wykonywane głównie w nawiązaniu do symboli i rekwizytów chrześcijańskich, jak wychodzenie w pole na spotkanie burzy i przez całą drogę głośne odmawianie modlitwy, pokropienie święconą wodą (używając w tym celu również święconego kropidła) w kierunku zbliżającej się chmury, wychodzenie w pole i rzucanie na ziemię soli św. Agaty, żegnanie znakiem krzyża nadciągającej chmury.
2. Czynności i praktyki odwołujące się do symboliki, zaklęć i rekwizytów magicznych, jak wychodzenie w pole lub zamykanie się w domu i odmawianie specjalnych zaklęć, wychodzenie poza granicę wsi i „odciąganie" zbliżającej się chmury w powietrzu, wyganianie chmury poprzez machanie w powietrzu laską, do której przywiązane są różnokolorowe chustki i wstążeczki, wychodzenie w pole z tzw. wiesłem (miniaturą łopaty chlebowej) skierowanym w stronę chmury, palenie w piecu pszenicy uprzednio zamówionej odpowiednimi zaklęciami, wychodzenie w pole, machanie rękami i odmawianie formuły zaklęcia burzy, machanie w kierunku chmury kapeluszami słomianymi i zaklinanie jej.
Obie powyższe grupy działań pozostają w ścisłym związku z przyjmowaną interpretacją genezy owych mocy tajemnych przypisywanych płanetnikom--ludziom. Przeważnie uważano, iż obdarzeni są oni tą mocą z woli bożej. Oni też odwoływali się głównie do technik działania, symboliki i rekwizytów zaprezentowanych w grupie pierwszej. Natomiast do praktyk magicznych (zwłaszcza zaklęć) odwoływali się płanetnicy-ludzie, którzy zawdzięczali swą moc siłom diabelskim lub uzyskali ją z przekazu rodziców bądź z czytelnictwa specjalnych książek. Oto kilka wypowiedzi informatorów w danej kwestii:
„Do odpędzania chmur płanetniki używali tajemniczych zaklęć, których nie znał nikt poza nimi.
Każdy płanetnik miał własne zaklęcia" (AZE UMCS, 1127).
„Moc niespotykaną otrzymywali niektórzy ludzie, którzy byli czarownikami od urodzenia. To przychodziło razem z urodzeniem. W praktykach, które uprawiali, stosowali swoje tajemnicze sposoby, nikogo w to nie wtajemniczając. Pamiętam, jak np. mówiono, że był we wsi owczarz, który miał dobrze owocującą gruszę. Jeżeli ktoś chociażby zbliżył się do tej gruszy, to stawał w miejscu i nie mógł się ruszyć. Umiał on odpędzać chmury, a nawet zadawać ludziom płacz" (AZE UMCS, 1417).
„Ci czarnoksiężnicy mieli różne tajemne książki, które czytali, i dlatego wiedzieli, jak i czym mogli te chmury przepędzić, ale tajemnicy tej nikomu nie zdradzili" (AZE UMCS, 65).
„Siedzieli w domu, zatykali wszystkie okna, żeby było ciemno. Wszyscy ludzie, którzy byli wtedy w domu, musieli wierzyć, że przyjdzie duch. Mieli papierowy zegar ze wskazówkami, a na nich były wypisane litery. Jak wypowiedzieli trzy zaklęcia, to wskazówka przelatywała na każdą literę.
W tym czasie nie wolno było rozmawiać. Gdy po jakimś czasie wychodzono, to już było po burzy" (AKE UMCS, 8).
W stosowanych działaniach magicznych szczególną rolę odgrywały formuły wypowiadanych zaklęć. Jedną z takich formuł zamawiania burzy (z okolic Mielca) odnotował Fr. Kotula. Oto jej zapis:
Idźcie, chmury!
Na lasy,
Na góry,
Gdzie pastuszkowie siadają,
Kapki wody nie żądają.
My jej mamy dosyć
Garnuszeczkiem nosić.
(„Znaki przeszłości", s. 196.)
Po wypowiedzeniu niniejszego zaklęcia należało wzmocnić siłę jego oddziaływania poprzez odmówienie „Zdrowaś Mario" i przeżegnanie się znakiem krzyża.
Należy przyznać, iż ludzie, którym przypisywano nadprzyrodzone umiejętności władania chmurami, otaczani byli w swoim środowisku dużym szacunkiem. Było to zrozumiałe, od ich działalności bowiem w jakimś stopniu uzależniony był stan zbiorów płodów rolnych. Szacunek ten łączono z przychylnością bądź bojaźnią, co uzależniano od faktu, czy ich zdolności były dziełem Boga, czy też złych mocy (diabłów). W pierwszym przypadku uważani byli niekiedy za postacie na poły święte (boży ludzie) i stanowili w danej zbiorowości pewnego rodzaju wzór osobowy o takich cechach pozytywnych, jak pobożność, uczynność, sprawiedliwość, ofiarność itp. Nic dziwnego więc nie ma w tym, iż czyniono różnorodne starania w celu pozyskania względów tych ludzi i zgodnego z nimi współżycia, jak również służono im pomocą w konkretnej potrzebie i publicznie okazywano im szacunek.
(...)

Opowieści o demonach atmosferycznych
Latawce


„Parobek, mając latawca, ożenił się i młodą pojął żonę. Żona kochała go, nie będąc kochaną nawzajem; bolała na to, lecz smutek swój sama w sobie kryła. Pewnego razu poszła ze zbożem do młyna, ale w młynie było zawoźno, musiała czekać długo; na koniec młynarz, ujęty grzecznymi słowy hożej mołodycy, pospieszył z mlewem i mołodyca, choć późno w noc, wróciła do domu.
Wchodzi do izby, a mąż na łóżku, a przy nim latawiec cudnej urody; oboje całują i pieszczą się, chociaż mąż spał widocznie. Żona, nic nie mówiąc, po cichu zdjęła prześcieradło i nakryła oboje, a sama legła na przypiecku. Wtem się schwyci latawiec i rzecze: «Gospodaruj już sama, ja nie będę już ci więcej męża bałamucić". Pocałowawszy kochanka odeszła i nie wróciła nigdy więcej" (L. Siemieński, s. 185).
„Jechał sobie po sprawunki wdowiec jakiś w góry, aż pod jedną wsią spotkał Góralkę, co się podkasała wyżej kolan; ucieszony podróżny rzecze: «Czy nie poszłabyś do mnie na służbę?»
Dziewczyna odpowiedziała: «Ja tam przyjdę do was». Woźnica zaciął konia, a podróżny na śmierć zapomniał o przyrzeczeniu Góralki. Porobiwszy swoje sprawunki, późno w noc wraca do domu, wchodzi do izby, każe zapalić świecę i widzi Góralkę na pościeli leżącą obok jego parobka.
Rozgniewany więc, krzyknął: «Ty bezwstydniku! Co obok ciebie robi dziewka?» Parobek na to:
«Co się wam dzieje? Przy mnie nie ma nikogo». Pan idzie do świetlicy, dziewka za nim, kładzie się na łóżku, ona koło niego, żegna się, modli — widziadło nie znika i ścigało go tak dalece, że w dzień nikogo nie widział, za to wieczór, gdzie tylko się ruszył, ona za nim. W takim ciężkim razie zasięgnął rady bab, kadzono go różnymi ziołami, myto, smarowano. Dopiero kiedy się okadził świńskim gnojem, widziadło znikło na zawsze" (L. Siemieński, s. 185—186).

Diabły powietrzne

„Kiedy wicher kręci w kółko i suchym zamiata piaskiem, jest to taniec złego ducha. Zamykaj wszystkie wyględy w chacie, bo złe ci naruszy kości. A jeśliś odważniejszy i chcesz skarbu z zgubą duszy, weź nóż nowy poświęcony i w pośrodek tego wiru rzuć nim celnie i z zamachem.
Zuchwały młody parobczak, gdy mu szczyt stodoły bies w postaci wichru zerwał, gniewny utkwił nóż błyszczący, poświęcony, w pośrodku tego wiru. I zaraz ujrzał, jak w kornej postaci bies stanął przed nim krzywy i drżący i pytał, co mu rozkaże? — Napraw stodołę! — zawołał wieśniak, pałając cały od gniewu — dół od kartofli napełnij złotem, przynieś do izby baryłę wódki, trzy duże połcie słoniny. — Spełnię to wszystko, wyjm nóż utkwiony, który mnie srodze dolega. — Nie! — krzyknął wieśniak — zrób to najpierwej, co żądam. — Bies dopełnił rozkaz cały; lecz wkrótce, kiedy z choroby umierał młody parobczak, wieśniacy obecni w chacie widzieli, jak stał przy głowie, czatując na jego duszę.
Wszyscy żałowali, a stary chrzestny rzekł z cicha: — Gdyby zamiast tych pieniędzy wystrzelił lepiej do biesa srebrnym guzikiem z prawego oka, byłby żył długo, poczciwie i nie stracił świętej duszy" (K. W. Wójcicki, s. 88—89).
„We wsi była piękna panna. O jej rękę starało się wielu kawalerów. Jednak ona za żadnego nie chciała wyjść. Pewnego razu pod jej dom zajechał czterokonnym wozem kawaler elegancko ubrany.
Zapukał w bramę. Ojciec panny bramę otworzył. On zapytał: «Czy mogę wejść?» Gospodarz na to:
«Proszę bardzo». I zajechał pod dom. Furman strzelił z bata, a konie na dwóch nogach stanęły do góry. Panna wyleciała i ukłoniła się. Gość ją zapytał: «Czy mogę się oświadczyć?" «Dlaczego nie» — odpowiedziała mu panna, a ojciec jej stwierdził, że nie są przygotowani na taką wizytę. Na co on powiedział: «Nie trzeba nic, ja mam wszystko swoje do wypicia i zjedzenia. Tylko niech pani zaprosi jak najwięcej gości». I gospodarz wraz z córką zajęli się spraszaniem gości. A gdy ci się zebrali, kawaler zapytał tylko: «Czy to już wszyscy?» Gdy uzyskał przytwierdzenie, nakazał furmanowi znosić do izby napoje i jadło. Gospodarz sadowi wszystkich przy suto zastawionym stole i zaczynają się gościć. Kawaler jest przystojny; posiada czarną, lśniącą czuprynę i czarne zakręcone wąsiska, a także ubrany jest w czarny garnitur. Wszyscy zazdroszczą pannie takiego kawalera. Goszczą się już długo i północka dawno już minęła. Wtem ozwało się pianie koguta.
Kawaler zerwał się od stołu, żegna gości i wychodzi. Ci go proszą o pozostanie i pytają, dlaczego tak nagle musi odjeżdżać. Ten zawołał tylko «żegnam!» i wsiadł na wóz. Gospodarz otworzył bramę i zobaczył, że kawaler ujechał tylko kawałek, następnie zsiadł z wozu i stanął na kamieniu.
Wtedy zerwał się silny wicher i nad kamieniem uniósł się wirujący słup kurzawy, który pochłonął dziwnego gościa. Gospodarz wrócił do domu, usiadł na ławie i myśli, co się stało. Nie mówi nic i tylko duma. Goście pytają: «Co wam się stało, że tacy jesteście smutni?» A on na to: «Wypiłem trochę za dużo i głowa mnie boli». Goście rozeszli się do domów, a on opowiedział całe zdarzenie żonie i córce. Wszyscy domownicy poszli spać. Kiedy wstali, to zobaczyli, że na stole zamiast wódki były w butelkach „końskie siuchy", a na talerzach zamiast jadła leżało bydlęce łajno. Wtedy gospodarz rzekł do córki: «Przebierałaś, aż wybrałaś se diabła. Więcej przebierać nie będziesz. Jaki pierwszy kawaler przyjdzie do domu, to za niego idź». Przyszedł ślepy na jedno oko i ona za niego wyszła, zaś diabelski kawaler więcej już się nie pokazał" (AZE UMCS, 1054).
„Pewnego razu jeden chłop sobie trochę podpił i wracał przez łąkę do domu. W pewnym momencie zerwał się straszny wiatr, aż siano zaczęło latać po łące. Chłop, że to był pijany, złapał kij i zaczął bić kopę siana, mówiąc przy tym: «Raz dwa, raz dwa». Z kopy siana odezwał się głos: «Mów trzy!»
A chłop na to: «Nasram ci». Wtedy głos z kopy siana powiedział: «Twoje śzczęście». I wszystko ucichło, bo to był diabeł" (A. Szyfer, s. 95—96).

Płanetnicy

„W dzień Święta Wielkiejnocy poszedł chłop do lasu i narwał gałązek liszkowych (z leszczyny) na wici do pługa. Drugi chłop, który był w lesie, gdy zobaczył, co on robi, mówi: «Ociec, nie boicie się to kary boskiej, ażeby robić wici w tak wielkie święto?» «Ej, co tam — odpowiedział tamten — nie powiadajcie o tern nikomu» — i odszedł. Gdy. pierwszy odszedł, drugi chłop, który został w lesie, spogląda, a tu na granicy spuścił się z chmury płanetnik, czarny jak Murzyn, zły bardzo i idzie ku niemu. Chłop ten chciał uciec, ale nie mógł. Płanetnik pyta go się: «Człowieczku, czy i ty robisz wici? Oj, nie czyń tego, co tamten uczynił, bo grzech wielki, on zgrzeszył, będzie ukarany. Idź zaraz na twoje pola, zatchnij gałązki z palmy święconej w granicach twoich, bo tu źle się będzie działo». Poszedł więc chłop czym prędzej, wykonał rozkaz płanetnika, tj. palmy powtykał w granice swoje. Obydwóch tych chłopów pola razem graniczyły; temu, co wici robił w lesie w dzień
Wielkiejnocy, grad wytłukł zboże, drugiemu zaś, co gałązki powtykał święcone, nie upadła na pole ani jedna kropla deszczu, ani jedna krupka gradu" (O. Kolberg, „Krakowskie", s. 50).
„Był jeden chłop, co orał na polu. Wtem zobaczywszy, że się jeden płanetnik mocuje z bardzo ciężką chmurą, nie mogąc jej wyciągnąć na lasy, na góry, więc on poszedł na góry i pomagał płanetnikowi ciągnąc ciężką gradową chmurę. Daleko się obadwaj zapędzili — dopiero dziękując chłopu za pomoc daną ten płanetnik pokazuje mu Morze Czarne i powiada: «Stąd deszcze nabieram".
Pokazuje mu Morze Lodowate i powiada: «Tutaj grad zrobię. Idź, powiedz ludziom, niech się pilnują, bom już chmurę wyładował, a na granicach twego pola zatchnij święcone palmy, to będziesz ocalony». Chłop, powróciwszy, mówił o tym ludziom we wsi. Ludzie niewiele sobie robili z jego przestrogi, wbił więc gałązki z palmy święconej w swoje granice i ochroniony został od strasznej ulewy gradowej, która pola jego sąsiadów zniszczyła. Na tego chłopa ludzie źli byli we wsi i powiedzieli, że jest guślarz, i powtarzali to, dopóki nie poszedł do kościoła i nie wyspowiadał się" (tamże s. 50— 51).
„Za mojej pamięci — mówił Danyło (jeden z juhasów bieszczadzkich) -chmarnik z Tarnawy, Piróg stary, słynął na całą Werchowyne, i z daleka, z Węgier nawet, szli ludzie do niego, niosąc dary bogate, a on za to brał ich dobytek w opiekę. Był to człowiek bogobojny i szanowany od wszystkich. Przed każdą burzą wychodził on na jakąś wysoką górę, zwracał się ku stronie, skąd burza nadchodziła, a modląc się, krzyczał z całej siły, szamotał się i walczył przeciw mocarzom nieczystym. Najczęściej zażegnywał burzę i odganiał złego ducha, który ją prowadził...
Dawno to już, dawno bardzo być musiało — prawił stary Daniła — bo to starzy rozpowiadają ludzie, a i oni od ojców słyszeli, jak w naszej wsi był chmarnik rozumny, który miał od Boga moc odwracanie nieszczęść i tucz wszelakich. W moc jego nie tylko nasze sioło wierzyło, i za Bieszczadami znali go ludzie, pan dziedzic tylko nie wierzył, a nawet gdy się dowiedział, że mu ludzie płacą, pozazdrościł mu tego, przywołał chmarnika do siebie i zhańbił go i zbezcześcił. Chmarnik rozgniewany nie bronił odtąd pól pańskich. Wkrótce zaś nadeszła tucza i zniszczyła łany pańskie, podczas gdy we wsi tylko drobny deszcz padał. Pan, zdziwiony, zawezwał do siebie chmarnika i znowu zhańbił, że mu tuczę sprowadził. Wówczas chmarnik powiedział, że tuczy nie sprowadził, tylko nie bronił pańskiego mienia od złego. Jeżeli chcecie i pozwolicie, panie, mówił, to ja drugą tuczę odwrócę od was, bo wkrótce łan drugi ma wam burza zniszczyć. Za dni kilka zahuczało strasznie w chmurach, niebo zaczerniło się nad pańskimi polami; pan przestraszony, posłał znowu po chmarnika i poszli razem naprzeciw chmury. Wtedy ten mądry człowiek uczynił panu, że zobaczył tego, który chmury prowadzi; i widział, jak z nim walczył chmarnik i jak go odpędził, a z nim burzę i grzmoty. Odtąd pan uwierzył i nie przeszkadzał już chmarnikowi wypełniać bożą wolę". (O. Kolberg, „Sanockie— Krośnieńskie", s. 50—51).
„W pewnej wsi, za dawnych bardzo czasów, żył chłopek poczciwy, podczas gdy wszyscy inni byli bardzo złymi i bezbożnymi. Do kościoła nie cho-dzywali i spędzali czas tylko na pijatykach i bojkach. Poczciwy ten chłopek zawsze sam chodził do kościoła i prosił Boga, aby się jego sąsiedzi poprawili. Koło kościoła był ogromny staw, który latem i zimą był zamarznięty. Raz w niedzielę szedł sobie nasz chłopek, jak to zwykle czynił, do domu, z kościoła i widzi, że wiele ludzi rąbie lód na stawie, a każdy wyrąbany kawałek lodu unosi się ku niebu. Zdziwiony tą pracą, pyta się rąbiących: «Co to ma znaczyć?" Oni mu mówią: «Że ten lód będzie spadał na ziemię i zboża złych, bezbożnych ludzi wytłucze. On zaś, jeśli chce tego nieszczęścia uniknąć, niech zakopie na rogach swego pola ewangelije, a grad jego pole ominie. Tylko niech tej tajemnicy nikomu nie wyjawi».
Ludzie ci znikli, a nasz chłopek zrobił, jak mu przykazano, jednemu tylko dziedzicowi swemu wydał ten sekret, bo mu się go żal zrobiło, aby szkody w swoim polu nie poniósł. Na drugi dzień spadł ogromny grad i wytłukł w polu zboże wszystkich chłopów — tylko tego pobożnego chłopka i dziedzica pole wolne było od gradu. Od tego czasu grad spada na ziemię, a tylko ci, którzy zakopują ewangeliję, są wolni od tej klęski" (O. Kolberg, „Kieleckie", s. 220).
(...)

Rozdział III
DEMONICZNA PERSONIFIKACJA
ZJAWISK PRZYRODY


Na podstawie relacji człowiek — przyroda zaistniało zjawisko ukształtowania się określonych wyobrażeń ludowej demonologii przyrodniczej. Wyobrażenia te stanowiły animistyczne uosobienie takich elementów świata przyrody, jak wszelakiego rodzaju naturalne akweny i rejony ich pobrzeży, bagna i trzęsawiska, pola uprawne i łąki czy lasy i góry. Ta właśnie dziedzina wierzeń demonicznych przez stosunkowo długi okres stanowiła ludową wykładnię wiedzy człowieka o otaczającej go rzeczywistości przyrodniczej, służąc równocześnie upowszechnianiu wśród ludu polskiego określonego schematu życia moralno-obyczajowego i wynikającego stąd systemu wartości. Odbicie tego zjawiska znalazło swój wyraz m.in. w naszej literaturze romantycznej, a zwłaszcza w twórczości A. Mickiewicza („Dziady" i niektóre ballady, jak „Świteź", „Świtezianka" czy „Pau' Twardowska") i J. Słowackiego („Balladyna").
Omawianą sferę demonicznych wyobrażeń przyrody uporządkować można w ramach następującej klasyfikacji:
Demonologia przyrodnicza
Demony wodne
Demony błotne
Demony brzegowe
Demony leśne
Demony podziemne
Demony polne
Demony górskie
Podział ten nie wyczerpuje wprawdzie wszystkich kwestii strukturalnych naszej rodzimej demonologii przyrodniczej. Pozwala on jednakże na podejmowanie refleksji nad daną sferą wyobrażeń demonicznych w kontekście przypisywanego im zasięgu „występowania" i
„oddziaływania" w świecie przyrody.

Demonologia wodna

Spośród całego kręgu demonicznych wyobrażeń przyrody szczególną złośliwością obdarzane były właśnie te istoty nadzmysłowe, którymi lud nasz zaludnił otchłanie wód. Przypisywano im zwłaszcza takie działania, jak wciąganie ludzi i bydła w czeluście wodne, rwanie sieci rybackich i zatapianie łodzi, wywoływanie wirów wodnych, powodowanie występowania wód z brzegów i zatapianie pól uprawnych oraz łąk, a niekiedy także i siedzib ludzkich. Nie były to więc istoty spokojne. Budziły one powszechny lęk i grozę u ludzi, jako demoniczne uosobienie groźnych i niewytłumaczalnych tajników żywiołu wodnego.
Kult demonów wodnych w naszej kulturze ludowej ma dość odległy rodowód i najprawdopodobniej wywodzi się jeszcze z okresu przedchrześcijańskich wierzeń słowiańskich, za czym przemawia cytowana już uprzednio wzmianka z „Dziejów wojen" Prokopa z Cezarei (VI w.).
Również w naszej rodzimej literaturze, począwszy od XVI w., odnaleźć także można drobne wzmianki o demonach wodnych i ich kulcie. I tak wymieniany już P. Gilowski wspomina o wodnych topcach jako jednej z grup istot diabelskich, a J. H. Haur wywodzi demony wodne z płodów utopionych kobiet brzemiennych. Dopiero powstała w XIX w. źródłowa literatura ludoznawcza pozwala na rzeczową analizę tego wątku wierzeń demonicznych. Odtworzone na podstawie tych materiałów wyobrażenia demonów wodnych charakteryzuje wielowątkowość.
Stanowią one swoistą kombinację wątków dawnych — bliżej nie określonych — wierzeń ludowych z elementami przejętymi od religii chrześcijańskiej (np. wyobrażenia diabłów wodnych), jak również z pewnymi pseudoludowymi tworami fantazji literackiej — tak rodzimej jak i zachodnioeuropejskiej — np. opowieści o ondynach, syrenach oraz nimfach i pannach wodnych.
Dlatego też warto na wstępie odwołać się do charakterystyk wyobrażeń demonicznych, jakie zawarte są w polskiej literaturze etnograficznej XIX i XX w.
Przegląd ten rozpoczniemy od szczególnie barwnego opisu K. W. Wójcickiego. „Wpośród wielkich jezior — pisał on — i w głębinach bagnistych siedzą istoty, które lud polski i ruski topielcami nazywa. (...) Topielec, jak Mazury, Krakowiacy i Kurpie utrzymują, jest to człowiek, który się przypadkiem lub dobrowolnie utopił, a przez diabła ożywiony przebywa w głębinach wody i czy to używających kąpieli, czy rybaków lub flisów pływających porywa i zatapia. Nigdy się w dzień razem z sową nie pokazuje, zawsze przebywa na dnie rzek, stawów i jezior głębokich, dopiero za nadejściem nocy wychodzi na brzegi i siedząc na nich, czatuje zdobyczy. Nic go więcej nie gniewa, jak gdy usłyszy mówiących ludzi, «że już świta», przypomina mu to albowiem, iż znowu na powrót musi się zanurzyć w wodę. (...) Oprócz topielców są i topielnice, lubo nie tak szkodliwe jak pierwsi.
Wabią urodnym licem i miłym głosem młodych strzelców i wieśniaków, a schwytanych porywają w głębie. Wychylają często głowy ponad powierzchnię wody, rozpuszczają długie, złociste warkocze na zburzone bałwany, a wówczas słychać dźwięk miły, bo włos każdy brzęczy osobnym tonem. (...) Topielnice ukazujące się na Wiśle wyobrażają sobie z białym włosem i kilku sznurami korali na szyi. Na Gople ich nie ma, lecz za to w Starym Bugu z zielonymi wiankami na głowie ukazują się flisom i orylom, nazywają je w tamtych stronach bogunki, za pokarm nie mają promieni księżyca jak topielcy z
Gopła, lecz żyją rosą i solą. Aby uniknąć przeto szkody od bogunków, przewożący sól na statkach buź-nych, okładają (ją) tarcicami. Pod wieczór cichy, przy blasku miesiąca słychać głos bogunków.
Podobny jest do hukania wodnego ptaka bąka" („Klechdy", s. 253—256).
Nieco odmienne od powyższego opisu są, zebrane w różnych regionach Polski i spisane przez O. Kolberga, ludowe wyobrażenia demonów wodnych:
„Powiadają, że na Jeziorze Powidzkiem ukazują się jakieś duchy (inni się wyrażają topielcy), najczęściej żeńskie, i wabią ludzi. Mają one białe szaty, z jasnozieloną opaską lub spódniczką, a na lśniących włosach na głowie białe lilie (białe kwiaty) złotą przywiązane przepaską. I na innych takich jeziorach ukazywać się mają duchy podobne jak te w bieli już w modrych lub zielonych szatach" („W. Ks. Poznańskie", s. 13). „W Małych Jerutach opowiadają o jeziorze (...), że siedzi w nim aż dwóch topichów, są to małe chłopięta w czerwonych czapeczkach. Gdy wypłyną na wierzch, poklaszczą po trzykroć w ręce i na powrót w wodzie się zanurzą, jest to znak nieomylny, iż ktoś ma tu wkrótce utonąć. Podobną parkę topichów posiadają też i jeziora: Omulewskie i Święte (pod Kurkami). I w ogóle wszelkie wody, tak stojące, jako i bieżące, mają na pewnych obszarach swych topichów. (...) Jedno tylko jest pewne, a mianowicie, że jest to istota nieubłagana, która w pewnych periodach czasu ofiarę swoją mieć musi. (...) Komu los przeznaczył stać się pastwą topicha, tego ciągnie coś nieprzezwyciężoną siłą ku wodzie; ten mimo obawy, jaka go ogarnia, mimo możności ratunku, pozostać się w niej musi. Tu to topich go ciągnie, a władzy jego nikomu oprzeć się niepodobna" („Mazury Pruskie", s. 77— 78). „Topielec... jest to widmo utopionego człowieka, który za grzechy swoje, a mianowicie za to, że się bez spowiedzi utopił, pokutuje po śmierci i ludzi na głębie wód sprowadza" („Kaliskie i Sieradzkie", s. 481). „Topielec (topień czy topnik) pochodzi z kobiety brzemiennej, która utonęła. Panuje on w rzekach i różne topi w nich bydlęta. Topielec to także człowiek o dwóch duchach, którego czart utopił, a który po śmierci innych topi ludzi"
(„Tarnowskie— Rzeszowskie", s. 269). „Topczyk jest to istota bez chrztu utopiona. Rośnie ona do lat siedmiu we wodzie, potem ożyje i różne ludziom figle płata, a nawet ich ściąga do wody" („Lubelskie", s. 93).
(...)
Na zakończenie tego przeglądu odwołać się można do opisu danego przez A. Fischera: „Postać topielca jest zupełnie ludzka; bywa on zwykle wzrostu małego chłopca 3-, 7-letniego, ma głowę dużą, na niej długie włosy czarne, rozczochrane, a ręce i nogi długie i cienkie. Barwa ciała jest czarna, czasem biała, chodzi nago i tylko na głowie ma czapkę lub chustkę czerwoną" („Lud polski", 159).
Do powyższych, tak różnorodnych opisów, dołączyć należy — w formie komentarza — następujące rozważania B. Baranowskiego: „...spośród różnego rodzaju istot demonicznych wywodzących się z dawnych wierzeń przedchrześcijańskich, najsilniej zachowały się relikty wspomnień o istotach demonicznych zwanych topielcami, topcami lub też niekiedy diabłami wodnymi. Istoty demoniczne tego typu znane były na całym niemal terenie Słowiańszczyzny. (...) Wieloznaczna nazwa topielca może sugerować, że za tego rodzaju istoty demoniczne uważane były duchy ludzi, którzy ponieśli śmierć przez utonięcie, prawdopodobnie jednak w dawnych czasach rozróżniano dwie kategorie istot demonicznych zamieszkujących odmęty wodne, a więc tzw. diabły wodne, istoty wyjątkowo złe i złośliwe, które starały się łowić kąpiących, a nawet wciągać osoby zbliżające się do brzegów rzek, jezior lub nawet bagien, oraz ich ofiary, które stawały się topielcami niższego rzędu" („Kultura ludowa XVII i XVIII w.", s. 190).
Bardziej szczegółowe opisy postaci demonów wodnych zawarte zostały w licznych wypowiedziach informatorów. Oto kilka z nich:
„Topielec to zły duch, taki wielki ryb-potwór. Cały czas siedział w wodzie. Był tylko w większych rzekach, na ziemię nie wychodził" (AKE UMCS, 8).
„Topielec to «coś» takie złe. To złe ma jednak zawsze postać człowieka ubranego na czarno, w czarnym kapeluszu. Przebywa on w wodzie, ale w letnie gorące dni wychodzi nad wodę grzać się na słońcu. Siedzi wtedy lub leży na piasku czy trawie" (AKE UMCS, 9).
„To dusza człowieka utopionego, która tak długo pokutuje w wodzie, aż nie utopi kogoś innego.
Topielce najczęściej pokazują się jako małe dzieci w białych koszulkach. Zwykle siedzą pod wodą i dopiero, jak zobaczą człowieka, którego chcą utopić, to wychodzą na powierzchnię i wabią go, a następnie wciągają do wody. Są tak silne, że bez trudu wciągną dorosłego człowieka" (AKE UMCS, 65).
„Topielec — człowiek nagi o długich czarnych włosach. Zawsze był w rzece. Na ziemi robił ludziom szkody (np. rozrzucał im siano na łąkach)" (AKE UMCS, 975).
„Dusza człowieka, który się utopił i oddał diabłu. Mógł przybierać różne postacie; prawdziwej nikt nie zna. Zawsze przebywał w wodzie, ale czasami mógł wychodzić na ziemię. Wówczas to straszył" (AKE UMCS, 1116).
„Wiara w topielca jest silna, ale nikomu nie zdarzyło się go zobaczyć. Ludzie mówią, że topielec nigdy nie wychodzi z wody. Nikt więc nie wie, jak on wygląda" (AKE UMCS, 1121).
„Powiadają, że topielec żyje tylko w wodzie, jest pod postacią ptaka lub zwierzęcia, ale nigdy człowieka" (AKE UMCS, 1131).
„Topielec był postaci ludzkiej. Chudy był na cienkich nóżkach. Topielec przebywa w wodzie, ale w południe i po zachodzie słońca mógł wychodzić na brzeg. Opowiadano, że raz wyciągnięto topielca na brzeg, on rozpłynął się w smołę" (AKE UMCS, 1134).
„Topielec miał oczy białe, a ciało zielonkawe; przebywał tylko w wodzie. Gdy ktoś szedł się kąpać, to go wciągał" (AKE UMCS, 1031).
„Była to dusza samobójcy. Wyglądał jak nagi człowiek i siedział zawsze w krzyżowych wodach, tzn. w miejscach, gdzie łączyły się rzeki. Tylko w nocy o godzinie 12 wychodził na brzeg; siadywał wówczas na trawie albo chodził wokół rzeki i klaskał po wodzie rękami, aż echo rozchodziło się" (AKE UMCS, 1034).
„Topielcem było zazwyczaj 2-, 3-letnie dziecko albo zwierzątko. Pokazywało się ono na brzegu wieczorem w świetle księżyca. Siedziało tam i bawiło się" (AKE UMCS, 1055).
„Był to duch, który przebywał w wodzie, ale nieraz wychodził również na ziemię, lecz na krótko.
Każdy, kto widział topielca, widział go w innej postaci, np. małego dziecka, czarnego psa itd." (AKE UMCS, 1073).
„Topielec to duch, który przebywał w wodzie i był niewidzialny. Na ziemię nie wychodził" (AKE UMCS, 1078).
Domenę działalności topielców stanowiły miejscowe akweny, tj. rzeki, stawy, jeziora czy strumienie, a niekiedy (co występowało znacznie rzadziej) i bagna. Siedziby tych demonów lokalizowano zazwyczaj w miejscach mało dostępnych i szczególnie niebezpiecznych, jak wiry rzeczne, jamy wodne czy też tzw. wody krzyżowe, tj. miejsca ujścia wód jednej rzeki do drugiej.
Taka lokalizacja siedzib topielców bardzo ściśle związana była z następującymi reliktami magiczno-religijnego stosunku do wody: a) stanowiła kultowe uzasadnienie dla tradycyjnego tabu kąpania się w rzekach i jeziorach podczas zimowej i wiosennej pory ze względu na wynikające stąd niebezpieczeństwa dla zdrowia i życia ludzkiego; b) dawała możliwość personifikacji tych niebezpieczeństw, jako skutków określonego działania tajemnych sił nadzmysłowych — demonicznych istot wodnych.
Dlatego też w mniemaniu ludu wiejskiego topielce uważane były za niebezpieczne dla człowieka istoty demoniczne, którym przypisywano różne formy „działania" mające w konsekwencji zwabić człowieka do wody i następnie go utopić. Szczególnie zaś odnosiło to się do tych ludzi, którzy lekkomyślnie naruszali tradycyjnie ustalone tabu zażywania kąpieli podczas określonych pór roku.
Dotyczyło to zwłaszcza okresu zimowo-wiosennego. Trzeba przyznać, iż u podstaw ukształtowania takiego zakazu tkwią jak najbardziej racjonalne przesłanki wypływające z instynktu samozachowawczego istoty ludzkiej. Kąpiel w tym okresie groziła bowiem niebezpiecznymi komplikacjami dla zdrowia, a nawet i życia ludzi. Z drugiej jednakże strony animistyczny stosunek człowieka do żywiołu wodnego zadecydował o przepojeniu tego tabu treścią magiczno-religijną, a tym samym włączeniu go w skład systemu wierzeń ludowych. Dlatego też powszechnym zjawiskiem stało się umiejscawianie granicy funkcjonowania danego tabu na dzień mający określoną wymowę kultową. Na terenach Słowiańszczyzny zachodniej i środkowej granicę taką stanowił dzień poprzedzający najkrótszą noc w roku (Noc Kupalna, Kupalnocka, Sobótka), tj. na dzień 23 czerwca, co w liturgii rzymskokatolickiej powiązane zostało z kultem św. Jana Chrzciciela
(Noc Świętojańska). Powiązanie to jest jednym z wyrazów ludowego synkretyzmu religijnego i stanowi relikt tzw. dwuwiary funkcjonującej przez długi okres w naszej kulturze ludowej. Znalazło to także swój wyraz w dziedzinie przysłów (np. „Już Jan ochrzcił wszystkie wody, odtąd wam nie będą szkodzić") i opowieści ludowych.
Przy rozważaniu „działalności" przypisywanej demonicznym wyobrażeniom wodnym w omawianych regionach kraju nie sposób pominąć milczeniem zjawiska wzmiankowanego powyżej tabu kąpania się, granicy jego funkcjonalności oraz grożących człowiekowi konsekwencji w przypadku jego naruszenia. Tym bardziej jest to istotne, że ok. 86% informatorów stwierdziło istnienie takiego tabu w swoich miejscowościach.
(...)
Celem zobrazowania związku występującego między sferą wierzeń demonicznych a omawianym tabu kąpania odwołujemy się do wypowiedzi informatorów. — „Wolno się kąpać od pierwszego grzmotu, tj. zazwyczaj po św. Janie. Wcześniej jest szkodliwe i można zachorować, bo woda nie jest czysta" (AKE UMCS, 62). — „Kąpać się można od św. Jana Chrzciciela. Dawniej jeszcze panował zwyczaj lania na wodę w dniu 24 czerwca wody święconej, aby zniszczyć zło, które przez zimę zalęgło się w wodzie" (AKE
UMCS, 63). — „Mówiono, że kąpać się można od św. Jana, jak zakwitnie paproć. Jeżeli ktoś się wcześniej wykąpał, to wciągał go topielec" (AKE UMCS, 1129). — „Kąpać się było wolno od Bożego Ciała, bo «Na Boże Ciało skacz do wody śmiało». Jeżeli ktoś się kąpał przed tym terminem i zdarzało się, że się utopił, to mówiono, że wciągnął go topielec"
(AKE UMCS, 1454).
(...)

Demonologia przybrzeżna

Omawianym uprzednio demonom wodnym przypisywano niekiedy możliwości działania nad brzegami wód, tj. w sferze przybrzeżnej. Według tradycji ludowych niektóre z danych istot demonicznych bardziej upodobały sobie przebywanie nad brzegami jezior i stawów niż w ich głębinach. Stąd też stanowić one mogą odrębną grupę tzw. demonów przybrzeżnych. Do grupy tej zaliczyć należy, choć z pewnymi zastrzeżeniami, boginki.
„Boginka (bogunka, mamuna) istota na poły demoniczna mieszkająca nad wodami lub w lasach.
Takie demony znane były ludom niemal całej Europy, wedle wyobrażeń ludu polskiego odznaczają się szpetnym wyglądem (pokraczna postać, długie piersi zarzucone na ramiona), hałasują nocami, piorąc bieliznę w rzekach, zaczepiają parobków, są mściwe, napastują dziewczęta i kobiety, zwłaszcza położnice, którym usiłują zamienić dzieci" (SFP, s. 45). W opisie tym połączone zostały wątki wierzeniowe dotyczące różnych istot demonicznych, jak np. boginki, dziwożony, mamuny, zmory. Mamy tu do czynienia z dość skomplikowanym problemem, gdyż już źródła etnograficzne z XIX w. wskazują na różnorodność wyobrażeń boginki w kulturze ludowej poszczególnych regionów kraju. R. Berwiński, na podstawie podań ludowych, nakreślił w „Powieściach wielkoruskich" (1841) postać boginki (bogunki) jako demona żywiołowego strzegącego wód jeziora Gopła. Z kolei K. W. Wójcicki ukazał dwa zupełnie różne wyobrażenia tej istoty demonicznej: krakowskie i tatrzańskie. Pierwsze z nich zgodne jest z przedstawionym powyżej opisem, natomiast o drugim pisał, co następuje: „U górali naszych w Tatrach znane są także boginki. Zaludniają one lasy, wody, góry. Postacie ich są fantastyczne i wdzięczne. Trwożą one ludzi, zwodzą, wyrządzają psoty, ale zarazem też i sprzyjają im, a w dobrym usposobieniu służą.
Różnią się tym od krakowskich, że mają zwykłą postać niewiast, nie porywają dzieci i w ogóle są łagodniejszej natury" („Klechdy", s. 248).
(...)
Dość zasadniczo różniły się demony przybrzeżne od wodnych pod względem ich stosunku do ludzi; były mniej niebezpieczne, a niekiedy nawet wręcz nieszkodliwe. A oto kilka wypowiedzi informatorów w tej kwestii:
„Pojawiały się one koło północy (w noce księżycowe) i prały bieliznę nad wodą. Ludziom nic nie robiły; tylko jak przychodziły konie pić wodę, to boginy płoszyły je" (AKE UMCS, 1032).
„Najczęściej pojawiały się one latem (lipiec—sierpień) o północy i nad brzegiem rzeki prały bieliznę kijankami i rozmawiały między sobą. Ludziom one nic nie robiły i nie bały się ich, ale jeżeli ktoś podchodził bardzo blisko do nich, to znikały" (AKE UMCS, 1035).
„Pojawiały się nad wodą przed północą. Ciągle się tylko chlapały. Jak ludzie przechodzili i widzieli je, to wołały, by się z nimi poszli myć" (AKE UMCS, 1043).
„Duchy te nad wodą pojawiały się po zachodzie słońca. Słychać było trzask kijanek nad wodą.
Zobaczyć boginek nie było można, bo jak tylko ktoś się zbliżał, natychmiast one uciekały. Jak słychać było, że one płaczą, to nikt w to miejsce nad wodę nie szedł, bo się bano" (AKE UMCS, 1050).
„Rusawki pojawiały się albo rano przed wschodem słońca, albo po jego zachodzie; wtedy kiedy występowała rosa" (AKE UMCS, 1129).
Pojawianie się i przebywanie boginek nad brzegami wód występowało w ścisłej relacji z określoną porą nocy lub dnia, a niekiedy także i z okresem roku kalendarzowego. Być może, iż tkwi w tym dalekie echo nieznanych nam słowiańskich wierzeń agrarnych.
(...)
Na zakończenie rozważań o boginkach przybrzeżnych kilka drobnych relacji informatorów o znanych im przypadkach kontaktów ludzi z danymi istotami demonicznymi.
„Raz szłam wieczorem do siostry i przechodziłam nad rzeką, a tam coś «ciupka» — to boginki prały. Stanęłam i patrzę. Aż nadszedł jeden gospodarz i mówi: «Uciekaj, bo cię boginki utopią». I wtedy uciekłam. Takie boginki szkodziły bowiem ludziom, a zwłaszcza kobietom po połogu" (AKE UMCS, 1031).
„Boginy widzieli ludzie ze wsi. Raz nawet chłopcy rzucali do nich kamieniami, ale one nie reagowały na to. Dopiero jak uprały bieliznę, to znikły" (AKE UMCS, 1034).
„Był taki gospodarz, który raz wieczorem szedł na wioskę. Przechodził obok rzeki i tu napadły go boginie, które załaskotały go na śmierć" (AKE UMCS, 1041).
„We wsi widziano boginie. Były to kobiety nagie lub odziane w białą płachtę. W nocy chodziły nad rzekami i każdy bał się wówczas tamtędy chodzić" (AKE UMCS, 1054).
(...)

Demonologia polna

Kreśląc obraz ludowej mitologii śląskiej, G. Morcinek tak pisał o lokalnych wyobrażeniach demonów polnych: „...są utkane z szarej mgły i łażą w samo południe po świecie. Gdy zaś napotykają znużonych żniwiarzy, którzy wielce umęczeni, usnęli pod snopem, włażą na nich i powtarzając «śpisz, śpisz», depczą im po brzuchach i piersiach i moczą ich" („Śląska mitologia", s. 20).
Dany wątek wierzeniowy dość szeroko był rozpowszechniony w słowiańskiej kulturze ludowej. Do najgroźniejszych istot z tej grupy zaliczano południce i polne diabły, w niektórych regionach Mazowsza i Wielkopolski zwane też polnymi bądź południowymi diablicami. Te ostatnie wyobrażenia mają znacznie późniejszy rodowód. Zadomowiły się one w naszej kulturze ludowej w okresie XVI—XVII w. jako wyraz tendencji upowszechniania się chrześcijańskiego schematu wierzeń w diabły i czarownice. Natomiast południca wywodzi się jeszcze z czasów przedchrześcijańskich i — jak podaje K. Moszyński — „...w zupełnie typowej postaci i pod swą charakterystyczną nazwą znana jest niemal wszystkim Słowianom Zachodnim, tzn. Łużyczanom, Czechom, Słowakom i Polakom (tylko Kaszubi i Mazurzy nie mają o niej — jak się zdaje — żadnego pojęcia)... Południca jest demonem, o którym wierzenia mają jeden z najbardziej zajmujących zasięgów, dających się obserwować w ludowej demonologii Słowian" (KLS, s. 690—691).
W XIX w. wierzenia w południce czy przełudnice były bardzo powszechne wśród ludu polskiego. Z zachowanych przekazów etnograficznych odtworzyć można wiele elementów tych wierzeń. O. Kolberg wspomina, iż na Łem-kowszczyźnie wierzono w miawki, „dziewice polne (niby przypołudnice) z modrymi oczyma i płowymi włosami uwieńczonymi kłosami i bławatkami (przebywają) w zbożu." („Sanockie — Krośnieńskie", s. 30). Na terenach Małopolski istotę tę wyobrażano sobie pod postacią wysokiej i szczególnie brzydkiej niewiasty odzianej w białe szaty i występującej w orszaku siedmiu czarnych psów. W czasie południowym demony te przebywały w zbożu i grochu, szczególnie w okresie przednówka. Małopolskie południce, wyganiały z pola znajdujących się tam ludzi, szczując ich psami. Szczególnie zaś wrogo nastawione były do dzieci. Zbliżony opis tej postaci z regionu sieradzkiego zarejestrowała I. Piątkowska: „Przypołudnica czyli oprzypołudnie jest to kobieta ubrana zwykle w bieli, z nogami porosłymi jak u pawia, która latem w samo południe wysuwa się z żyta lub pszenicy, łapie każdego, kto się tylko nawinie, siada przy nim i każe się iskać po głowie" („O ludzie w Sieradzkiem", „Kłosy", 1890, s. 205). Wyobrażenia tych demonów wzbogacone były lokalnie o takie szczegóły, jak blada cera, czerwone oczy czy długi czerwony język. Wierzono, iż prześladowały one ludzi, którzy w południe pracowali bądź spali w polu; zsyłały na nich bóle głowy, niemoc, a niekiedy i śmierć. Szczególnie zaś należało się wystrzegać pozostawiania w tym czasie dzieci, gdyż mogły być przez nie pożarte lub żywcem zakopane na miedzy. Powszechne też było mniemanie, iż południce na polach przebywały jedynie przez okres wegetacji zbóż (od kwitnienia do żniw) i następnie opuszczały świat schodząc pod ziemię, gdzie zapadały w długi sen. Natomiast jeżeli to były istoty diabelskie, to powracały one do swoich siedzib piekielnych.
Cykliczność pojawiania się południc na polach i okresowe ich przebywanie stanowi echo dawnego słowiańskiego kultu narodzin i obumierania życia w przyrodzie. Były to więc początkowo demony opiekuńcze wegetacji zbóż. Kolejnym etapem rozwoju danych wyobrażeń demonicznych było włączenie do nich pewnych wątków wierzeń atmosferycznych, jak przypisywanie działaniu południc falowania łanów zbóż, a niekiedy też sprowadzania wirów powietrznych. Ten wątek atmosferyczny wzmocniony został poglądami, iż południce stanowią uosobienie niebezpieczeństw, jakie grozić mogą człowiekowi od palących promieni słońca podczas przebywania na polu w letnie południe. I wreszcie — przypuszczalnie pod wpływem inspiracji chrześcijańskiej — istotę południcy sprowadzono do rzędu innych złych demonów rodzaju żeńskiego, jak mamuny czy dziwożony poprzez przypisanie jej wrogiego, stosunku do dzieci. Tak więc w wyobrażeniu południc dokonało się" zespolenie kilku różnych wątków wierzeń demonicznych.
(...)
Swoje poglądy odnośnie do nazwy i postaci demonów polnych informatorzy konkretyzowali następująco:
„Ludzie opowiadali o duchach, które w południe chodziły między zbożami. Nazywano je południcami. Miały one wygląd kobiety lub mężczyzny i odziane były w białe szaty" (AKE UMCS, 1041).
„Opowiadano o duchach, które w południe chodziły po polach. Duchy te nie miały nazwy, mówiono tylko, że diabeł wodzi lub nazywano je zwodzi-cielami. Zwodziciele pojawiali się nie tylko na polach, ale także w lasach. Nie posiadały one żadnej postaci" (AKE UMCS, 1045).
„W samo południe w polu chodził diabeł. Jest nawet takie przysłowie «Bez południe nie robić nic, bo diabeł się cieszy». Mówiono też, żeby w żniwa nie zostawiać na polu powrósła bez snopa. «Nie rób powrósła, bo diabeł będzie siedział i bez południe namiele»" (AKE UMCS, 1049).
„W południe wśród zbóż chodziły dusze młodych dziewcząt. Były one ubrane na biało i miały rozpuszczone włosy" (AKE UMCS, 1060).
„O południcach mówią jeszcze teraz we wsi. Chodzą one w południe po polach. Są to kobiety ubrane na biało. Jak ktoś w południe nie chce zejść z pola, to wówczas ludzie mówią: «Nie idź ty do domu, zobaczysz, że cię południca przegna» (AKE UMCS, 8).
„Południce dusiły złapanych przez siebie ludzi. Kara ta spotykała tych, którzy w letnie południe przebywali na polu" (AKE UMCS, 9).
„Południce nie dusiły śpiących na polu mężczyzn, a tylko zaciągały ich w gęstwiny leśne i tam pozostawiały" (AKE UMCS, 1046).
(...)

Demonologia leśna

Pokrywające niegdyś ogromne połacie kraju bory i puszcze nie tylko dostarczały mieszkańcom okolicznych osad i wsi pożywienia, budulca i opału, ale też użyczały schronienia w szczególnych momentach zagrożenia bytu społecznego. W mniemaniu ludu stanowiły one siedliska wszelakiego rodzaju istot duchowych — leśnych, leśników, lasowych, dziadów leśnych, jeźdźców leśnych, gajowików itp. „W gęstwinach puszcz — pisał A. Fischer — mieszkają różne demony leśne. Np. w Puszczy Sandomierskiej wierzą w istnienie ducha leśnego, którego poznaje się po gwizdaniu, rozlegającym się z wysokich choin.
W Sieradzkiem ten duch leśny, zwany «borowym», wprowadza ludzi w błąd, a jest on małego wzrostu, z brodą do samej ziemi. W Olkuskiem zwie się go borowcem" („Lud Polski", s. 160).
Według zapisu O. Kolberga w południowo-wschodniej części kraju demon ten znany był jako rusałka leśna. „Dziewica to leśna, śliczna, ale i złośliwa wielce czarownica. Włos u niej zielony, po czym rozpoznać ją najsnadniej. Władza jej z zachodem rozpoczyna się słońca, kończy o świcie, gdy kur zapieje. Uśmiechem, przymilaniem się, a śpiewem słodziutkim wabi, mami niebacznych ku sobie mołojców, pociąga za sobą w głąb lasu w czahary i tam łaskocze tak długo, dopóki wśród konwulsyjnego nie zakończą śmiechu. Przeciwko jej zdradzieckiemu śpiewowi i innym umizgom najlepszym lekarstwem pacierz. Im on gorętszy, tym mniejsza rusałki władza — wreszcie ustaje zupełnie" („Tarnowskie — Rzeszowskie", s. 270). Ten wątek wierzeniowy ma bardzo odległe tradycje wywodzące się jeszcze z dawnych wierzeń słowiańskich i mające liczne odnotowania w polskiej literaturze etnograficznej XIX i XX wieku.
Na tle analizy porównawczej słowiańskiej demonologii leśnej K. Moszyński wykazał, iż dane wyobrażenia demoniczne występowały we wszystkich słowiańskich kulturach ludowych, miały związek z duszami ludzi zmarłych nagle w lesie, domeną ich działania było panowanie nad zwierzyną leśną (zwłaszcza wilkami), i wodzenie ludzi po manowcach leśnych. „Wiele też opowiadają chłopi — pisał — o ich głosie, mają bowiem te demony śpiewać bez słów, powodować zjawisko echa, krzyczeć donośnie, rżeć, śmiać się itp. Samotnym wędrowcom ukazują się niekiedy w postaci wilka, puchacza lub innego zwierzęcia; przybierają też kształt wichru (wiru powietrznego)" (KLS, s. 683).
W okresie kontrreformacji nastąpiło przejęcie od demonów leśnych ich funkcji opiekunów zwierząt przez propagowane wówczas postacie niektórych świętych chrześcijańskich, jak św. Huberta (patrona myśliwych i zwierzyny łownej), czy św. Mikołaja (obrońcy ludzi od wilków), jak również wprowadzanie do kręgu tych wyobrażeń demonicznych postaci diabła leśnego. W tym ostatnim przypadku — jak sądzi B. Baranowski — doszło również do ukształtowania się postaci Boruty, tego szczególnego wyobrażenia łęczyckiego diabła leśno-błotnego. Postać ta następnie w twórczości literackiej XIX w. nobilitowana została do pozycji diabła szlacheckiego — strażnika i opiekuna legendarnych skarbów łęczyckich. Powyższe działania zapoczątkowały proces degradacji społecznej demonów leśnych i stopniowego zanikania tego wątku wierzeniowego w naszej kulturze ludowej.
Współczesne badania terenowe wskazują jednakże na fakt funkcjonowania jeszcze pewnych elementów tych wierzeń.
(...)
W swoich wypowiedziach informatorzy określali wyobrażenia demonów leśnych, jak następuje:
„Mój dziadek opowiadał, że po lasach straszyły strachy. W nocy, gdy pasło się w olszynie konie, to łamały się gałęzie, trzeszczała olszyna. Dopiero jak się trochę rozwidniło, wszystko cichło" (AKE UMCS, 1177).
„Opowiadano, że złe duchy mieszkają w gęstych lasach. W nocy te duchy wychodziły z lasu i chodziły po okolicy. Jak zapiał kur, duchy powracały do lasu" (AKE UMCS, 1047).
„Opowiadano o duchach przebywających w gęstych lasach. Duchy te nazywano diabłami. Chodziły one wieczorami, świeciły, trzaskały, szumiały i w ten sposób straszyły. Były to duchy bądź zabitego leśnika, bądź nieuczciwego geometry, który za życia oszukiwał ludzi, a po śmierci za karę chodzi mierzyć pola, aby wynagrodzić wyrządzone krzywdy" (AKE UMCS, 1057).
„Słyszałem, że w lesie mieszka dużo strachów: małpy porywające dzieci, dusze pokutujących grzeszników występujące w postaci zwierząt, które pod różnymi postaciami straszą wędrowców i zwodzą ich z drogi" (AKE UMCS, 54).
„W lesie mieszka diabeł, który pomaga zbójcom zbierać pieniądze. Poza tym lubi wodzić podróżnych po bezdrożach. Pokazuje się najczęściej w postaci «panka» w ubraniu leśnika. Poznać go można po tym, że jak ktoś wymówi przy nim imię Boże, to włosy mu się jeżą i ogień z gęby bucha" (AKE UMCS, 63).
„Opowiadano o duchach przebywających w gęstych lasach. Zwą je «dzi kimi ludźmi»" (AKE
UMCS, 315).
„Duchów takich około 100 lat temu było bardzo dużo. Teraz jest ich mniej. O duchach tych mówiono, że to złe" (AKE UMCS, 1120).
„Mówiono, że jak za życia pokutnik mieszkał w gęstych lasach, to potem tam mieszka jego dusza.
Tam gdzie umarł, paliło się zawsze światło i nieraz się ukazywał. Był taki stary, zarośnięty z długimi włosami i brodą. Odnoszono się do tego ducha z czcią. W nocy z daleka widać było światło, ale jak się doszło do tego miejsca, to ono znikało" (AKE UMCS, 1129).
„W lasach były strachy, duchy zwane strachami. Nie mówiono aby były one pod ludzką postacią.
Najwięcej były to strachy niewidzialne i tylko strasząc dawały znać o sobie. Ludziom nie ukazywały się" (AKE UMCS, 1140)
Rodowód danych demonów wyprowadzano od dusz określonych ludzi (59%) i od diabłów (41%), przy czym w przypadku dusz ludzkich to zwłaszcza miały być dusze samobójców, którzy powiesili się w lesie, bądź ludzi zamordowanych w lesie. Wymieniano także i dusze innych ludzi jak dzieci zmarłych bez chrztu, ludzi wyklętych, grzeszników, chytrych i skąpych zmarłych śmiercią tragiczną (niekoniecznie w lesie), zaprzedanych diabłu niewierzących i nie uczęszczających do kościoła, jak również pustelników.
Przy określaniu stosunku demonów leśnych do ludzi oraz Przypisywaniu im zakresu działania zdecydowanie przeważał pogląd, iż są to istoty nieprzychylne wobec ludzi i działające zwłaszcza na ich szkodę (83%). Konsekwencją takiego stanowiska było przypisanie danym demonom następujących działań: straszenie gwizdem i stukiem, wodzenie ludzi po lesie, ganianie ludzi po lesie, duszenie napotkanych wędrowców, chwytanie ludzi i zamykanie w swoich norach, a niekiedy i krzyżowanie ich, wciąganie ludzi do wody lub na bagna, odbieranie ludziom rozumu, zsyłanie na nich różnych nieszczęść, płoszenie koni gospodarzom.
W wypowiedziach około 35% informatorów występują opisy różnych przypadków zetknięcia się ludzi z demonami leśnymi. Opisy te najczęściej dotyczą własnych przeżyć informatorów lub też zasłyszano je w kręgu rodzinnym czy sąsiedzkim. Wyrażają one także określony stosunek opowiadających do danego kręgu wierzeń demonicznych. Dlatego też, kończąc rozważania nad demonologią leśną, warto odwołać się do niektórych z tych opisów.
„Będąc raz z koleżanką w lesie, widziałam małego chłopczyka, który chodził po lesie i sobie gwizdał. Kiedy zbierałyśmy «chorpę» (chrust — dop. LP), to on nas przedrzeźniał. Wtedy mu powiedziałam. «Ty takie głupki to możesz sobie z mamą robić, ale nie tu». Jak mu to powiedziałam, to on znikł. Ledwie doszłyśmy do drugiego miejsca, patrzymy, a on znowu jest i dalej się przedrzeźnia. I tak nam towarzyszył przez cały czas pobytu w lesie" (AKE UMCS, 1077).
„Pewnego razu przez las jechał mężczyzna furą. Pracujący w lesie ludzie zauważyli, iż nie może on wyjechać pod górę. Zbliżyli się do niego, aby pomóc. Zauważyli wówczas, że ten mężczyzna ma końskie nogi; jedna nogawka jego spodni była czerwona, druga natomiast zielona, a na głowie miał kapelusz. Na widok zbliżających się ludzi zaczął on się śmiać, a następnie z ogromnym hukiem i wrzaskiem zniknął wraz z wozem w lesie" (AKE UMCS, 1052).
„Raz mój mąż pojechał jesienią do lasu po drzewo. Narąbał drzewa i nałożył już lepiej jak pół wozu i chciał jeszcze dorąbać trochę. Odszedł dalej i w górze na drzewie zobaczył małą dziewczynkę w letniej sukience, jak rąbała gałązki siekierą. Spytał ją, czy jest jej ciepło. Ona mu odpowiedziała «tak» i zniknęła" (AKE UMCS, 1035).
„We wsi opowiadano, że w pobliskim lesie był obrośnięty człowiek. Po lesie chodził on w nocy.
Kto się w jego ręce dostał, już nie wracał. Twierdzono, że on ludzi łapał i pożerał" (AKE UMCS, 1064). gospodarz, którego pole dotykało skraju lasu. Raz — było to około 30 lat temu — pracował on wołami i cofnął je aż do tego mostku. Woły zaczęły chodzić w kółko i w ogóle nie można było ich skierować na dobrą drogę. Wtedy gospodarz przeżegnał się i odmówił «Zdrowaśkę». Zerwał się wówczas wiatr, a spod mostku wyleciał czarny pies i poszedł w las. Gdy zniknął, woły ruszyły"
„Mąż córki opowiadał, jak w 1936 roku o północy jechał przez las. Nagle konie i wóz znalazły się w wodzie. Konie zaczęły się chlapać i ani rusz nie chciały jechać dalej. Zebrali się wszyscy, ale nie mogli wozu wyciągnąć. Nagle coś przeleciało obok z rykiem «Ha, ha, ha», zapiał kur i na drodze pojawił się na moment człowiek.
Potem wóz dało się już wyciągnąć i konie ruszyły" (AKE UMCS, 1375).
„Pewien mieszkaniec naszej wsi jechał raz nocą przez las i zauważył wielkiego czarnego ptaka z czerwonymi ślepiami lecącego tuż przed jego końmi. Zaciekawiony, ponieważ nigdy takiego ptaka nie widział, skierował konie za nim. Ptak długo leciał, a chłop zauważył, że wjeżdża coraz głębiej w nieznany gąszcz. Coś go tknęło, więc przeżegnał się. Wtedy ptaszysko zakrakało i znikło. Chłop opowiadał później we wsi, że to diabeł chciał mu zmylić drogę" (AKE UMCS, 1041).
W niektórych regionach zachowała się jeszcze pamięć o groźnych demonach leśnych rodzaju żeńskiego. O występowaniu takiego demona zw. leśna pisze B. Bazińska. Według przekazu mieszkańców Podhala istota ta zamieszkuje w lasach, ale często wychodzi na pola i drogi, aby wabić swą urodą i kuszącym głosem nieostrożnych kawalerów, i nie tylko ich, gdyż niekiedy udaje się jej oczarować i statecznych górali. Wyprowadza ich na niedostępne rumowiska skalne, w mateczniki leśne lub w bagna i moczary. Wówczas znika pozostawiając swe ofiary zawiedzione i przerażone miejscem, w którym się znalazły. Niejednokrotnie pogoń za leśną kończy się śmiercią śmiałka, który zostaje pochłonięty przez trzęsawisko lub spada w górską przepaść. O analogicznych istotach demonicznych, występujących w regionie łódzkim, jak np. wieluńska czerwona lub zielona baba, wzmiankuje B. Baranowski. Rodowód danych demonów nie jest znany, przypuszczalnie zatracił się już w pamięci miejscowego ludu.
(...)

Opowieści o demonach przyrodniczych
Demony wodne


„Na początku świata Pan Bóg stworzył dużo aniołów. Część z nich była bardzo pyszna i zła. Nie chcieli się już Panbóckowi kłaniać, myśleli, że są dużo ważniejsi łod samego Pana Boga. Wtedy Panbócek nie wytrzymali. Wzieni se taki kij do ręki, poruszali nim i powiedzieli. — Wszystko, co złe, fora z raju! Naroz wszyscy pyszni aniołowie zaczynali spadać i zlatywać. Jedni wpadli do samego piekła — no to som diobli. Drudzy wpadli do lasu — to tam są takie różne złe duchy z nich. Trzeci wpadli do morza, a z morza do stawów i rozmaitych rzek — a to są utopce. Oni muszą dusze łapać i ludziom szkodzić, boby inaczej żyć nie mogli. Ale moja starka padali, że są dobre utopce i złe. Te dobre to ludziom pomagają, siano im zwożą, przestrzegają przed niebezpieczeństwem, burzą, gradem, a ponoć umią nawet po wodzie po wiyrchu łazić. Te złe zaś, to ino ludziom szkodzą, a największo radość mają jak dusze do wody wciągną. Najwięcej radości mają zaś, jak pijaków wciągną i takie dziołchy, co są latawice („Gadka za gadką", s. 57—58).
„Młody górnik, niby mój ojciec, Jonek, szedł pewnego wieczora dobrze podpity od przyjaciół do domu. Przechodząc obok Rawy (mała rzeczka w Szopienicach) popatrzył na wodę i... zdumiony przystanął. Widzi, że w wodzie stoi utopiec, mając na głowie ładny nowy kapelusz, i namawia go do zmiany kapeluszy. Niewiele myśląc wchodzi Jonek do wody, «ciupnął» z utopcem na kapelusze, wyszedł z wody zadowolony, usiadł sobie na brzegu i... zdrzemnął się do rana. Rano kamraci, przechodząc obok Rawy na szychte, patrzą... siedzi Jonek na brzegu i drzemie, a na głowie kiwie mu się duża potargana słomian-ka. — Farona, Jonek — rykną kamraci ze śmiechem, szarpiąc go za ramię, podsuwając mu pod nos lusterko. Zbudził się Jonek, patrzy... Rawa — kamraci — patrzy do lusterka i... siebie nie poznaje, patrzy znów na Rawę, a tam spokojnie na kamieniu leży jego kapelusz. Dopiero mu się przypomniał wczorajszy wieczór i zamiana kapeluszy z utopcem" („Gadka za gadką", s. 80—81).
„Jegomość pewien jechał wózkiem w noc ciemną nad brzegiem jeziora, mającego, równie jak i inne. swego topicha. Woźnicy jego dokuczało pragnienie, chciał się więc zatrzymać i ugasić je wodą z jeziora zaczerpniętą. Pan jego, znający właściwości jeziora, usłyszał, gdy nadjechali, z głębi tegoż jęczący i skarżący się głos topicha, domagającego się corocznej swej ofiary. Wszelkie prośby i nakazy pana, by fornala od picia wody powstrzymać, były daremne: chciał on koniecznie zsiąść z kozła i biec do jeziora. Gwałtownym jedynie środkiem można było temu zapobiec. Więc pochwyciwszy nagle z rąk fornala lejce, zaciął pan sam konie ostro i w największym pędzie do najbliższej pospieszył wioski. Tu zatrzymawszy się przed szynkownią, kazał fornalowi wynieść szklankę piwa. Ten też ją zaraz wypił duszkiem; lecz zaledwie szklankę spełnił, przechylił się i upadł martwy na ziemię. Nie minęło go więc przeznaczenie, bo topich musiał mieć swoją ofiarę — choćby za pośrednictwem piwa" („Mazury Pruskie", s. 78—79).
„Szedł sobie chłop dość podpity z miasta Raciborza do domu, ale zbłą- dził z drogi i dostał się nad Odrę. Błąkał się długo po krzach, łąkach i kałużach i nie mógł się nijako wydostać. Zesłabiony siadł sobie pod kępę wypocząć sobie i przespać się, gdy naraz przyszedł do niego jakiś chłopek. Tego prosił, aby go zaprowadził do domu. Chłopek szedł naprzód, ale w ciemnościach coraz to głębiej włazili w wodę. Chłop się potoczył w dół i stracił czapkę. Ale się wygramolił i począł wrzeszczeć: — Gdzie moja magierka? Chłopek przyskoczył i dał mu swoją nakazując, żeby był cicho. Ale gdy coraz to dalej szli w wodę, chłop się przeżegnał, obrócił się i wnet był na suchej drodze. Rano nie mógł się długo połapać, co się z nim stało, dopiero gdy widział nie swoją magierkę, z której kapała woda, wszystko mu się przypomniało i dopiero spostrzegł, że go utopek prowadził. Żona mu radziła, żeby magierkę do Odry wrzucił, aby miał spokój, i tak się wszystko dobrze skończyło" (M. Przywara, s. 24).
„Topniki so to takie duchi. To one siedzo we wodzie w każdim jeziorze. To one w tim Łubiańskim jeziorze też so. To jest ze starich legendów opowiadane, jak u jednego Krziżyka chcieli nasi do niewoli wziuńść. Gonili go aż do tego jeziora i on sie utopsiuł, i jak sie utopsiuł, to miał wołać, że teraz to co trzi lata tu musi kogoś utopsić. I co trzi lata się zawdi ktoś topi w tim jeziorze, to w tim rok też biło trzi lata i jeden ribak utopsiuł się... To te topniki to mieszkajo w jeziorze na dnie, w tim mule, w tim zielisku... To one takie okropne so, takie zielgie łbi majo... To tu to to naziencej te Krziżaki, co tak ludzi męcziły, to teraz topnikami so za karę... za karę" (A. Szyfer, s. 111).
„Koło pewnej wsi był staw okropny, bo ludzie w nim ginęli i ginęli. Raz pewien chłop poszedł nad staw i zobaczył stojącego na brzegu człowieka o ogromnych wąsach. Podszedł do niego i złapał go za jeden wąs. Wówczas ten rozgniewany wrzucił go do wody i utopił. Dowiedzieli się o tym miejscowi chłopi i zebrali się na naradę, co dalej czynić. Jak uradzili, tak i zrobili. Zabili barana i nadziali go prochem, a następnie podrzucili na brzegu tego stawu. Patrzą z ukrycia i widzą, jak ten okropny człowiek wyszedł z wody i zabrał barana do stawu. Tu go pożarł i zatruł się na śmierć. Odtąd już ludzie w stawie nie ginęli" (AKE UMCS, 1061).
(...)

Demony polne

„O tyj szatance to tu tyle było godki, że by się chnet ludziska pobili, bo to jedni jom naprowda widzieli, a drudzy ani za grosz niy chcieli wierzyć. Mo to być tako dioblica. No i roz szła baba z chłopym na pole. Jechali wozym, naraz jym tak ciężko szło. Łobejrzeli się, a tu tako fest zarośnięto kobiyta na wozie siedziała. Jak ino na nią spojrzeli, uciekła. To była ta szatanka.
Rozpowiadali tyż, że ona siedzi w południe w zbożu, ale wtedy to niy jest tako cicho, ino napado na ludzi, a to zawsze jak na Anioł Pański dzwonią. No i roz tyż ludzie szli na pole i łostawili w chuście dziecko. Naroz jim to dziecko zapłakało. Przylecieli, patrzą, dziecka niy ma. — Nic ino szatanka wziena — pado baca — i co teroz? Polecieli wartko do dom i do księdza. Ksiądz z ludźmi na pole poszedł, z wodą święconą, kredą i różańcem. Jak przyszli i jak baba pokazało to miejsce, skąd szatanka dziecko wziena, to patrzy: — Jezusku, a dyć jest tu moje dziecko! No i naprowda, dziecko było nazod. Ale łod tego czasu ludzie wiedzieli, że to była szatanka" („Gadka za gadką", s. 115—116).

Demony leśne

„Stosek Rusin pas w Karpęcinach. Co wieczora na zachód słońca, kie on sed doić krowy, to przychodziła haw cudno dziewka o cornych ocach i włosach i przecudnie śpiewała, i wyskała, i on jom koniecnie fcioł odprowadzić, i roz krowy zawarł wceśniej, a ona juz sła i śpiewała. On zacoł wołać, coby ku niemu sła, i ona przisła ku progowi stajni, a jak on fcioł ku niej dojść, to uchodziła przed nim trzy, cztery kroki i śpiewała cudnie, ale nic nie godała. On ni móg wyznać się, co ona śpiewa, i tak śli, on za niom i dośli do lasa, i nagle ona mu między smreki zniknęna tak, jakby jom co zdmuchneno. I wte przyseł zimny wiater, i on olodowaciał cały, a pogoda była piekno i lato. I on fcioł wracać do sałasowi — ale go otumaniło i posed w jar za Korpęcinami, i mgła beła okrutna, i one sed, i sed, jaze go smrek wycion po gembie, i on sie zobudził, i nalaz drogę na hale. Jako wrócieł, to beło już połednie, krowy prec rycały i mleka lało krapke. To go leśna tako wodziła, one zawdy tak robiom z juhasami" (B. Bazińska, s. 110).
(...)

Rozdział IV
DEMONICZNA PERSONIFIKACJA
ZJAWISK ŻYCIA SPOŁECZNEGO


Zaprezentowane w poprzednich rozdziałach wątki wierzeń demonicznych dotyczyły dualistycznej wizji świata zjawisk atmosferycznych i przyrodniczych, którym przypisano określone wyobrażenia istot ponadzmysłowych. W danych wątkach wierzeniowych pominięta jednak została kwestia interpretacji wielu problemów natury egzystencjonalnej, nurtujących człowieka. Stwarzało to więc realną konieczność rozciągnięcia tej dualistycznej wizji rzeczywistości przyrodniczej także na świat ludzki, czyli na świat rzeczywistości społecznej. Funkcjonujące w świadomości ludowej tradycyjne systemy wartości moralno-obyczajowych, religijnych i estetycznych miały swoje uwarunkowania nie tylko w kręgu zjawisk natury, ale głównie w konkretnych warunkach i układach bytu społecznego, a zwłaszcza w jego strukturze produkcji i formach organizacji życia społeczności wiejskich. Z kolei niemożność znalezienia i racjonalnej interpretacji uwarunkowań ludzkiej egzystencji legła u podstaw procesu ich personifikacji demonicznej i tym samym stworzenia dualistycznego obrazu życia społecznego. Istoty nadzmysłowe, których domeną dotychczasowego „działania" był świat natury, wprowadzone teraz zostały w świat ludzki jako uosobienie jego namiętności i nadziei, a także losów jego egzystencji indywidualnej i społecznej.
W naszej ludowej demonologii społecznej wyraźnie zarysowały się dwa krańcowo sobie przeciwstawne kręgi wyobrażeń: opiekuńczych demonów losu ludzkiego, domostwa i obejścia oraz szkodliwych demonów nieszczęść, chorób i śmierci. W wyobrażeniach tych istot zawarta została swoistego rodzaju próba poszukiwania przez człowieka zrozumiałej interpretacji wszelkiej ciągłości i równocześnie zmienności wydarzeń mających miejsce w jego życiu indywidualnym i rodzinnym oraz w życiu wspólnoty społecznej, do której kręgu dane mu jest przynależeć.

Opiekuńcza demonologia domowa

Wiara w opiekuńcze demony domowe prawdopodobnie już od zamierzchłych czasów szeroko była rozpowszechniona wśród ludów słowiańskich.
Nlie wiadomo, jak ongiś wyobrażano sobie te istoty demoniczne i jakie były związane z nimi formy kultu, pierwsze bowiem przekazy źródłowe na dany temat dostarcza nam późnośredniowieczna literatura konfesyjna. W przytoczonym uprzednio fragmencie kazania duchownego katolickiego z XV w. odnajdujemy słowa dezaprobaty wobec ludowych praktyk „karmienia" opiekuńczych duchów domostwa, określanych mianem ubożąt. Problem ten poruszony został także w dwóch innych utworach, a mianowicie: „Postępek prawa czartowskiego przeciw narodowi ludzkiemu" (XVI w.) i „Czarownica powołana" (XVII), których autorzy ustosunkowywali się krytycznie do powszechnie stosowanego wówczas zwyczaju pozostawiania przez gospodynie wieczorem specjalnie wydzielonego jadła dla opiekuńczych duchów domowych. Z kolei cytowany już P. Gilowski w „Wykładzie katechizmu Kościoła krześcijańskiego z pism świętych" (XVI w.) zaliczył opiekuńcze duchy domowe do rzędu wyobrażeń szatańskich i pisał: „...są różne rodzaje diabelskie, widomi są ziemscy skryatkowie, domowe ubożęta...". Według B. Baranowskiego na terenach Polski środkowej w XVII i XVIII w. „...nadzwyczaj żywe pozostały wierzenia w różnego rodzaju bóstwa opiekuńcze.
Bardzo często były to różnego rodzaju duszki domowe. (...) Należało im w kącie izby lub w sieni stawiać trochę jadła, a one zapewniały domowi pomyślność i dobrobyt. Inne znowu istoty tego typu zamieszkiwać miały stodoły. W tym też celu jedna z desek w szczycie stodoły była nie przybita lub też zostawiano specjalną dziurę, przez którą tego rodzaju istoty mogły wchodzić do stodoły" („Kultura ludowa XVII i XVIII wieku...", s. 200—201).
Wzmiankowane ubożęta. skrzaty i inne pokrewne wyobrażenia postaci opiekuńczych duchów domowych, analogicznie jak to miało miejsce w przypadkach demonologii atmosferycznej i przyrodniczej, w okresie kontrreformacji zaliczone zostały do rodziny istot diabelskich. Na tym też podłożu doszło do ukształtowania się zupełnie nowych wyobrażeń demonów domowych, jak diabeł-latawiec (postać łącząca w sobie elementy demona atmosferycznego, opiekuńczego ducha domowego i diabła) czy diabeł-chowaniec. Obu tym istotom przypisywano działanie mające na celu zabezpieczanie dostatku i dobrobytu w gospodarstwach. W konsekwencji doprowadziło to do wytworzenia się w świadomości ludu wiejskiego poglądu o dwoistym charakterze istot diabelskich, pojmowanych jako istoty groźne i szkodliwe oraz jako istoty dobre i opiekuńcze. Do rzędu tych ostatnich zaliczone zostały m.in. opiekuńcze demony domowe.
Rówocześnie w drugiej połowie XVIII w. duchowieństwo katolickie podjęło różnorodne działania zmierzające do szerszego spopularyzowania i upowszechnienia, szczególnie w kręgach środowisk wiejskich i małomiasteczkowych, kultu istot anielskich, a zwłaszcza wyobrażeń aniołów-stróżów.
Przypisywanie tym ostatnim dość szczególnych funkcji opiekuńczych przy- czynić się miało do pełnego usunięcia ze świadomości ludowej tkwiących w niej jeszcze wątków tradycyjnych wierzeń w opiekuńcze duchy domowe.
Każdemu człowiekowi — jak głosiła ówczesna nauka kościelna — przypisany był przez Boga określony anioł-stróż, którego zadaniem było strzec swego podopiecznego przed grożącymi mu wszelkiego rodzaju niebezpieczeństwami i pokusami mocy piekielnych. Szczególnym aspektem tej opieki była walka o zbawieniu duszy ludzkiej, jaką toczyli aniołowie-stróże z diabłami.
(...)
W XIX w. wyobrażenia postaci anielskich znalazły liczne odzwierciedlenia w malowidłach i rzeźbach kultowych sprzedawanych na odpustach i jarmarkach, jak również przez wędrownych obraźników. Do dziś jeszcze w niejednej izbie wiejskiej odnaleźć można barwne oleodruki, których najczęstszym motywem jest postać anioła strzegącego bezpiecznego przejścia dziecka przez kładkę przerzuconą nad bezdenną przepaścią.
Wyobrażenia istot anielskich zostały wprawdzie włączone w krąg ludowochrześcijańskich postaci demonicznych (aniołki, dobre duchy, boże duchy, pobożne duchy) — podobnie jak uprzednio miało to miejsce z wyobrażeniem diabła i postacią czarownicy — nie były one jednakże w stanie usunąć z niej dawnych wyobrażeń rodzimych postaci opiekuńczych duchów domowych. „Anioły wyobrażał sobie lud — pisał O. Kolberg — jako duchy dobre, w postaci młodzieńców skrzydlatych, ubrane w szaty białe lub błękitne, które zlatują z nieba na ziemię, są wieszczbą dobrego i uprzedzają ludzi będących bez grzechu, sprawiedliwymi zwanych, o szczególnych mających nastąpić wypadkach w przyszłości. Takim ludziom pokazują się niby we śnie lub na jawie, i (przy opowiadaniu) służą za potwierdzenie dziwacznych baśni, powieści i przepowiadań, które czasem stosownie nakręcane, w swoich skutkach sprawdzają się: skutki te są wszakże zrządzeniem trafu, losu i przypadku. Być może nawet, iż przepowiedziane wydarzenia jedynie z przeczucia wynikają, a to przeczucie, barwę natchnienia lub widzenia się, lub rozmawiania z aniołem przybiera" („Lubelskie", II, s. 80—81).
(...)
Również w naszej kulturze ludowej z okresu drugiej połowy XIX w. występowały liczne ślady dawnego kultu szeregu opiekuńczych demonów domowych występujących pod dość różnorodnymi nazwami, jak warmińsko-mazurskie choboldy czy koboldy oraz kłobuki i kołbuki, pomorskie karzełki i' skrzaty, wielkopolskie skrzaty, skrzaki i smoki, śląskie skrzaciki i inkluzy, sieradzko-kaliskie pionki, mazowieckie latawce, podlaskie domowiki oraz rzeszowskie żmije. Ponadto w niektórych regionach (Pomorze, Wielkopolska,
Ziemia Chełmińska oraz północno-zachodnia część Małopolski) ten krąg istot demonicznych wzbogaciły jeszcze importowane z zachodu (głównie z Niemiec) wyobrażenia krasnoludków.
Jak wyobrażano sobie dane istoty demoniczne i jakie przypisywano im szczególne funkcje opiekuńcze? W celu udzielenia odpowiedzi na te pytania odwołać się należy do opisów zawartych zwłaszcza w monografiach regionalnych O. Kolberga. Oto niektóre z nich:
„Pionkiem zowią w Kaliskiem diablika w postaci czarnego kogutka, który swemu zwolennikowi obfitych plonów dostarcza" (,,Kaliskie i Sieradzkie", s. 476).
„Krasnoludki są to malcy mieszkający już to w rozpadlinach ziemi, już w zwaliskach — w ogóle wszędzie, gdzie są jamy, jaskinie, nory. Występują dobroczynnie, przychodzą w pomoc uciśnionemu człowiekowi i wybawiają go czynem jakim z niedoli" („Pomorze", s. 263).
„Są to małe, piękne, ludziom sprzyjające istoty, mieszkające pod ziemią, dlatego też je Podziomkami niektórzy zowią. Ubiór noszą zwykle czerwony, mianowicie czerwone czapeczki (...).
Te czerwone czapeczki sprawiają, że Krasnoludków nikt nie widzi, skoro tylko owe czapki mają na głowach. Dla ludzi są kraśne ludki bardzo uczynne; wyszedłszy spod ziemi, pomagali im dawniej nieraz w robocie; nieraz to niejednej kobiecie masło zrobili i na inne różne sposoby ludziom przysługi czynili (...). Nigdy Krasnoludki nie są wystawione jako istoty złośliwe, ludziom przeszkadzające; ich pokazanie się zawsze dobrą znaczy wróżbę. Już dawno nie widziano Krasnoludków, to też bieda, niedostatek i ucisk co dzień się powiększa. Tu i owdzie istnieje u ludu wiara, że ważniejsze wydarzenia wtedy się powiodą, jeśli
Krasnoludki równocześnie spod ziemi wyjdą. (...) Mieszkaniem ich są zwykle piece od chleba, podpiecki i podkominki. Są to istoty z ogromnymi głowami, małej nader postawy, krępej tuszy i brzydkiej płaskiej twarzy o włosach szorstkich i strzępiastych. Przemieszkują one tylko w domach, które mają drzwi kilkoro, a to na krzyż ustawionych" („W. Ks. Poznańskie", s. 20—22).
„O ptaku Skrzatku jest mniemanie takowe, że wchodzi do spichlerzy, wykrada zboże i w czasie dni niepogodnych do pomieszkań się wciska. Kto zaś wniść mu pozwoli, ma z niego tę korzyść, iż znosząc mu ciągle zboże różnego gatunku, czyni go możniejszym i bogatszym nad innymi. (...)
Ukazuje się zaś skrzat podobno, podług wiary ludowej, w postaci kurczęcia. Powstaje zaś następującym sposobem: Jeżeli jakiegoś dziwnego kształtu i przymiotu jaje kurze nosi czarownica pod pachą, to po niejakim czasie wylęga się kurczę, które jest skrzatem, czyli skrzatkiem. Skrzat taki kusi ludzi znosząc im pieniądze, zboże, masło, których dusze później zabiera, jeśli jego usługi przyjmują. (...) Wieczorem, jak lud twierdzi, często lata skrzatek w powietrzu, znosząc różne przedmioty tym ludziom, którzy usługi jego przyjmują" („W. Ks. Poznańskie", s. 25—27).
„Utrzymuje pospólstwo, że diabli ludziom zapisującym ich władzy swą duszę za życia, odbierając zapis, znoszą im wszystko, czego potrzebują przez całe życie, jako Smoki, posły piekielne.
Twierdzą, iż kominem one smoki wchodzą do domów, i że tam pospolicie w postać kurczęcia przemieniają się" („W. Ks. Poznańskie", s. 26).
„Chobołd chętnie przesiaduje w pobliżu mieszkań ludzkich, szuka towarzystwa człowieka i pragnie w nim mieć opiekuna. Nieraz nawet narzuca mu się niemal otwarcie, jak to się przytrafiło u jednego rolnika, któremu ukazał się w komorze w postaci czarnej kury. Do innego znowu gospodarza przybiegła taka kura w czasie ulewnego deszczu; w miejscu, na którym dano jej podjeść ziarna miareczkę, ujrzano nazajutrz całą kupę zboża. (...) Komu los naprowadzi chobołda, temu i bogactw nie poskąpi. (...) Jest on istotą duchową, więc zamki go i rygle nie straszą', wciska się wszędzie, gdzie zechce, i czmycha, gdy zechce, słowem, ukazuje się i znika, zmieniając swą postać wedle upodobania. W Działdowie u jednej baby miał on postać kota, gdy kota zabito, opuściło ją szczęście i gospodarstwo zmarniało.
(...)
Chobołd zaś wymaga jedynie wygód i dobrego obejścia się z nim na czas, kiedy służy. (...) Kto się z nim dobrze nie obchodzi lub zaniedbuje wygadzać mu, tego opuszcza on, wlokąc za sobą całe jego mienie i z nim na inne przesiedlając się miejsce. Chobołdowi najmilej żyć w ciszy i samotności. Więc wyznacza mu się zwykle miejsce na strychu domu, które się dla własnego bezpieczeństwa przed okiem ciekawych zakrywa lub istnienie jego przed ludźmi chowa się w tajemnicy. Niektórzy trzymają ducha tego w próżnej beczce, przykrywając we dniu jej otwór. Fawory-talną jego potrawą są (między innymi, mniej znanymi potrawami) kluski. We dnie lubi chobołd starannie być pielęgnowanym, nie opuszczając wcale swej siedziby; wówczas ściska się on i skupia do bajecznie drobnych, niewidzialnych prawie rozmiarów.
(...)
Cienie nocy rozwijają natomiast jego siły i działalność. (...) Wytrawnym chobołd też bywa złodziejem, a żadna moc, oprócz znaku krzyża, nie powstrzyma go od kradzieży; bierze on wszystko, co napadnie: zboże, słoninę, pieniądze, płótno itd., i wynosi to do swoich nowych opiekunów w dziobie i na ogonie" („Mazury Pruskie", s. 54—57).
Z opisów powyższych wynika, iż w ówczesnych wierzeniach ludu polskiego występowały trzy kategorie opiekuńczych demonów domowych (poza omawianym uprzednio aniołem-stróżem), a mianowicie:
1. Istoty demoniczne o wybitnie pejoratywnym charakterze (pionki, skrzatki, skrzeki, smoki itd.) stanowiące swoistą ludową syntezę wątków dawnych wierzeń w opiekuńcze duchy domowe z wyobrażeniem diabła chrześcijańskiego. Demony te oddawały ludziom usługi opiekuńcze w zamian za ich dusze.
2. Istoty demoniczne (chobołdy, krasnoludki), których działalność opiekuńcza nad człowiekiem, jego rodziną i gospodarstwem, uzależniona była od ich własnej woli czy nawet i kaprysu. Za usługi swoje duchy te wymagały jedynie utworzenia im przez ludzi wygodnych warunków egzystencji i interesowania się nimi. Prawdopodobnie wyobrażenia tych istot demonicznych były efektem importu do Polski pewnych wątków wierzeń ludowych z krajów zachodnioeuropejskich (zwłaszcza Niemiec).
3. Istoty demoniczne przeszczepione z kręgu wierzeń chrześcijańskich na grunt kultury ludowej o wybitnie pozytywnych cechach opiekuńczych, jak omawiane już anioły-stróże.
Tak więc procesy przeobrażeń, jakim w ciągu wieków ulegały wierzenia ludowe, znalazły także dość wyraźne odzwierciedlenie w sferze demonologii opiekuńczej. Występujący tu konglomerat wzajemnie przenikających się dawnych i nowych, rodzimych i obcych wątków wierzeniowych składa się na tak niezmiernie zróżnicowany obraz polskiej demonologii opiekuńczej przełomu XIX i XX wieku. Obraz ten wzbogacić jeszcze można o pewne echa dawnego kultu opiekuńczych duchów domowych, jakie zachowały się w postaci swoistego tabu obyczajowego związanego z progiem domostwa, jak np. zakaz witania i żegnania się przez próg. Znalazło to również swój wyraz w lokalnie funkcjonujących życzeniach i przekleństwach ludowych, jak „Bodaj żaden wróg nie stąpił na twój próg", „Każdy uczciwy człowiek progi moje przestąpić może" czy „Bodajżebyś nigdy nie przestąpił progu mego domostwa".
W rozważaniach nad tym kręgiem słowiańskiej demonologii ludowej K. Moszyński doszedł do sformułowania dwóch następujących tez:
1. „Demonów domowych nowszego — na gruncie słowiańskim — pochodzenia, powstałych bądź przez przekształcenie wierzeń dawnych pod działaniem obcych wpływów, bądź przez przejęcie gotowych obcych mitycznych postaci, jest u Słowian dużo, głównie jednak mamy tu do czynienia z różnymi nazwami, mniej — z różnicami w mitycznej treści.
2. Wspólnymi właściwościami nowszych demonów domowych Słowian są następujące dwie cechy: 1. bardzo intensywnie występujący motyw bogactwa (w pieniądzach, zbożu itd.), 2. przebywanie tylko u niektórych ludzi; u bogaczy (szczególnie, o ile ich majątek dziwnie szybko wzrasta), dalej u czarownic i czarowników" (KLS, s. 667—668).
(...)
Rozpatrzymy teraz kwestię zobowiązań podejmowanych i realizowanych w społecznościach wiejskich dla zapewnienia sobie względnie trwałej przychylności demonów opiekuńczych. Z wypowiedzi informatorów wynika, iż na wschodnich obszarach naszego kraju odnaleźć jeszcze można liczne ślady stosowania dwóch wzajemnie wykluczających się technik zaskarbiania sobie przychylności omawianych istot demonicznych, a mianowicie: dbanie o nie poprzez składanie im systematycznych ofiar z jadła i napoju, czyli tzw. „karmienie" duchów opiekuńczych, oraz niezwracanie na nie żadnej uwagi i nie-wykazywanie troski o ich egzystencję. Natomiast w regionie rzeszowskim obok „karmienia" zarejestrowano jeszcze drobne ślady innych praktyk, jak zamawianie mszy na ich intencję i odmawianie za nich modlitw, przejawianie głębokiej wiary w skuteczność ich opieki oraz niewyrażanie się o nich źle. W przypadkach złamania przez człowieka danej umowy demony opiekuńcze wyrażać miały swoją dezaprobatę poprzez: a) zaprzestanie opiekowania się danym domostwem i porzucenie go; b) przynoszenie nieszczęść i wyzwalanie działania złych mocy w domu; c) opuszczanie danego gospodarstwa i przenoszenie się do innego; d) straszenie mieszkańców domu (zwłaszcza poprzez tłuczenie się po strychu i pod łóżkami); e) niszczenie sprzętów w mieszkaniu i obejściu; f) bicie dzieci oraz wodzenie mieszkańców domostwa po bezdrożach. Stosunkowo najliczniej występują relikty wierzeń o potrzebie „karmienia" opiekuńczych duchów domowych. Otóż dla „karmienia" tych demonów posługiwać się należało określonym rodzajem jadła odpowiednio i przez określoną osobę przyrządzanego. W świetle wypowiedzi informatorów problem ten przedstawiony został następująco:
„Gospodarz sam gotował kaszę jaglaną dla diabła i nie solił jej, sam też z żelaźniakiem zanosił mu ją na strych. Jeżeli gospodarza nie było i ktoś inny ugotował kaszę oraz posolił ją, to diabeł ciskał w tę osobę garnkiem z kaszą" (AKE UMCS, 1065).
„Złemu, który przynosił dobrobyt do domu, trzeba było raz na tydzień gotować kaszę jaglaną na mleku" (AKE UMCS, 1418).
„Wynoszono nie soloną kaszę jaglaną na strych i stawiano w tym miejscu, w którym ten duch najczęściej przebywał" (AKE UMCS, 1042).
(...)
Wśród demonów pomnażających dobytek szczególne miejsce zajmują mazursko-warmińskie kłobuki lub kołbuki. „Kłobuki (...) — pisze H. Bień--Bielska — do dziś stanowią jeden z głównych motywów licznych baśni i podań mazurskich, a w wielu wsiach tego regionu wiara w nie zachowała do dziś dawną żywotność" („Słownictwo Warmii i Mazur", s. 10). Wyobrażenie tej istoty ponadzmysłowej — jak wynika z badań A. Szyfer — nadal stanowi, obok diabła, jedno z najbardziej popularnych i rozpowszechnionych w tym regionie postaci demonicznych. Kłobuk występuje także pod mianem chobolda (Mazury południowo-zachodnie) i latańca (Warmia wschodnia oraz Mazury środkowe).
Jest to dość kontrowersyjna postać demoniczna. Niekiedy kłobuk określany jest jako duch dobry, ponieważ pomnaża majątek swego gospodarza. Z drugiej jednakże strony tego sporzenia dobytku jednostki dokonuje on kosztem innych gospodarzy, którym wykrada wszystko, co przedstawia jakąś wartość materialną (np. pieniądze, zboże itp.), i znosi do miejsca swego przebywania. Tak więc w kontekście społecznym „działalność" jego jest szkodliwa i godna potępienia.
Kłobukom przypisywane są (poza nielicznymf wyjątkami) postacie zoomorficzne, jak czarnej zmokłej kury, kokoszy, kurczątka, kaczki, sroki, wrony i niekiedy kota. Natomiast w czasie działania, tj. przy znoszeniu skradzionych rzeczy, wyglądać ma jak „płonącą drapaka" — ptak z dużym ognistym ogonem. Czas wolny od pomnażania dobytku demony te spędzają w kominie bądź na strychu, gdzie lubią siedzieć w beczkach „z psiórami" oraz pożywiać się pieczonymi jajkami i kluskami znoszonymi im przez wdzięcznych gospodarzy. Posiadacze kłobuków starają się ukrywać ten fakt w tajemnicy obawiając się gniewu mieszkańców swej wsi.
Stosunkowo trudną kwestią jest ustalenie rodowodu tych istot demonicznych. A. Szyfer podjęła ten problem pośrednio poprzez postawienie pytania, jak zdobyć kłobuka. Uzyskane w tym zakresie odpowiedzi przedstawia następująco: „Według relacji informatorów z Warmii oraz z niektórych wsi w Ostródzkiem i Szczycieńskiem dobrym sposobem jest zakopanie pod progiem domu płodu lub dziecka, które urodziło się martwe. Ma ono po siedmiu miesiącach (dniach lub latach) żądać chrztu.
Jeśli się wtedy powie: będziesz kłobukiem, wówczas duch dziecka, już jako kłobuk, służy gospodarzowi. Mniej częste jest zawieranie kontraktu na rozstajnych drogach, tak oto opisane:
«Lataniec to latająca paląca się drapaka. Aby jo mieć, trzeba iść o 12 w nocy do łasa na rozstaje, rozpalić ognisko i upiec czarnego kota, mięso trza zjeść, a kości rzucić za siebie i wtedy przywołać to miotłę — latańca... Może ono być dobre lub złe!» (Zelwągi). Nieczęsto też zdobywa się kłobuka przez podpisanie się krwią (Mrągowskie, Giżyckie), co wskazywałoby na powiązanie z diabłem i ewentualne pokrewieństwo z wierzeniami o frajmajerach, dość na tych terenach częstych. Obecnie bardzo jest rozpowszechniona wersja o znajdywaniu kłobuka po deszczu w postaci czarnej zmokłej kury, która wysuszona i ogrzana w domu zaczyna tym, którzy ją przygarnęli, znosić bogactwo" (s. 98—99)
Analogiczne do kłobuka jest wyobrażenie chełmińskiego skrzeka lub skrzaka, który jednakże pojmowany jest jako istota diabelska. Skrzeki po- mnażają bowiem dobytek tym ludziom, którzy zawarli umowę ze złym duchem i zapisali mu swoje dusze. W. Łęka tak scharakteryzował tę istotę demoniczną: „Skrzak był to pierwotnie dobry duch, który przysparzał ludziom zboża i groszy. Został jednak zdegradowany widocznie pod wpływem działania Kościoła. Wchodził on przez komin, bo siedzibą ducha opiekuńczego domu było ognisko. (...) Obecnie wyobrażenia o skrzacie łączą w sobie dwie postacie: ducha opiekuńczego i ducha atmosferycznego" („Ziemia chełmińska", s. 239).
(...)
Generalnie rozważając powyższy — dość zresztą szczątkowy — obraz współczesnych wierzeń ludowych w opiekuńcze demony domowe, należy przyznać, iż zawiera on szereg wątków o dość odmiennych podłożach genetycznych. Obok elementów prastarego kultu ognia domowego i duchów zmarłych przodków odnaleźć w tym obrazie można także wątki dawnych słowiańskich wierzeń demonicznych i kultu zwierząt przemieszane z wątkami czarto-logii chrześcijańskiej.
Wprawdzie są to rysy charakterystyczne dla całokształtu polskiej demonologii ludowej, jednakże szczególne ich ujawnienie widoczne jest zwłaszcza w odniesieniu do opiekuńczych wyobrażeń demonów domowych.
Demonologia negatywna
Omawianym uprzednio duchom opiekuńczym przeciwstawia się różnorodne wyobrażenia istot demonicznych i półdemonicznych, stanowiących — w świetle wierzeń ludowych — uosobienie wszelkich takich przypadków i wydarzeń, które w zasadniczy sposób zakłócają harmonię i naruszają rytm prawidłowego funkcjonowania poszczególnych społeczności (wspólnota gromadzka, rodzina), jak również komplikują drogi życiowe przynależnych do nich jednostek ludzkich. Tym to demonom i półdemonom przypisany, został szczególnie nieprzyjazny i wrogi stosunek do ludzi. W ich bowiem działaniu dopatrywano się uzasadnienia wszelakich cierpień, nieszczęść, klęsk żywiołowych i plag społecznych dręczących ludzkość od niepamiętnych czasów.
Można więc stwierdzić, iż mamy tu do czynienia ze sferą wierzeń ludowych w negatywną demonologię życia społecznego. Sferą tych wierzeń objęty został stosunkowo szeroki krąg istot ponadzmysłowych i osób uważanych za ich ziemskich sojuszników. Fakt ten nasuwa potrzebę dokonania pewnego rodzaju klasyfikacji danego kręgu demonologii, co niewątpliwie pozwoli na bardziej precyzyjną jego prezentację w dalszym ciągu niniejszych rozważań. Propozycje w tej kwestii zawiera poniższy schemat.

Demonologia negatywna

Sferą tych wierzeń objęty został stosunkowo szeroki krąg istot ponadzmysłowych i osób uważanych za ich ziemskich sojuszników. Fakt ten nasuwa potrzebę dokonania pewnego rodzaju klasyfikacji danego kręgu demonologii, co niewątpliwie pozwoli na bardziej precyzyjną jego prezentację w dalszym ciągu niniejszych rozważań. Propozycje w tej kwestii zawiera poniższy schemat.




Cała ta plejada negatywnych istot demonicznych i postaci półdemo-nicznych w potocznej mowie ludowej określana jest terminem „złe" („złe moce", „złe siły", „złe duchy"). Określenie takie zawiera pewien szczególny podtekst, na co zwracali już uwagę niektórzy badacze. Oto co na dany temat pisał O. Kolberg: „O ile sądzę z mowy ludu naszego, wyobrażenie o pierwiastku «złego» jest u niego czymś nie określonym bliżej i czasów sięga przedchrześcijańskich. Wyobrażenia przynajmniej: «wodzi go po lesie», «odjęło mu mowę», «pomieszało mu w głowie», «łamało mu kości», «ręką mu ruszyć nie da ani nogą», «spać mu nie da», «straszy go po nocy» itd. — do tego przywodzą mnie wniosku. Że w nich siła przyrodzona główną odgrywa rolę — zaprzeczyć trudno.
Niedalekim jednak i od zdania, choć za pewnik go nie narzucam, iż wedle przekonania ludu naszego w głębi tej siły drży przynajmniej poczucie sprawiedliwości i kary, jeżeli nie rozwinięte do świadomości prawa i zadośćuczynienia w dzisiejszym słów tego znaczeniu" („Tarnowskie — Rzeszowskie", s. 264). Bardziej wnikliwe rozważenie tej kwestii nasuwa spostrzeżenie, iż wzmiankowanym „złym mocom" czy „złym siłom" najczęściej przypisywano działania mające na celu zadawanie ludziom cierpień natury fizycznej (duszenie, wysysanie krwi, nawiedzanie chorobami itp.). Od tego wzorca działania zasadniczo odbiega wyobrażenie chrześcijańskiego diabła, jak również — w pewnym stopniu — postać czarownicy, dla których centrum zainteresowań stanowi nie tyle sam człowiek, co jego dusza. Czyżby więc pozadiabelskie „złe moce" występujące w naszych wierzeniach ludowych stanowiły echo jakichś dawnych słowiańskich wyobrażeń demonicznych? Trudno byłoby dzisiaj udzielić jednoznacznej odpowiedzi na dane pytanie ze względu na zawiłe procesy przeobrażeń, jakim na przestrzeni wieków ulegała polska demonologia ludowa.
(...)
Ukształtowany pierwotnie w świadomości ludowej krąg atmosferycznych i przyrodniczych wyobrażeń demonicznych przypuszczalnie nie podlegał wyraźnemu podziałowi wartościującemu na istoty dobre i złe. Uważano bowiem, iż stosunek tych demonów do ludzi może być zmienny i każdorazowo uzależniony od szeregu czynników i okoliczności. Stosunek ten bardzo często stanowił odzwierciedlenie zasad moralności ludowej i związanego z nią systemu wattości. W poprzednich rozdziałach prezentowane były przykłady takich demonów atmosferycznych i przyrodniczych, którym przypisywano działania pomocne wobec ludzi sprawiedliwych i uczciwych oraz działania szkodliwe wobec ludzi bezdusznych i okrutnych. Zaistniały proces demonicznej personifikacji zjawisk życia społecznego ujawnił w sferze wierzeń ludowych dążność do wyraźnego rozdzielenia świata wyobrażeń demonicznych na dwa kręgi przeciwstawnych sobie istot opiekuńczych i pomocnych oraz szkodliwych i wrogich. Należy przypuszczać, iż wraz z zaistnieniem tego podziału zrodziło się także zapotrzebowanie społeczne na wartościujące uogólnienia danych kręgów demonicznych. Odzwierciedleniem tego faktu w potocznej mowie ludowej stał się m.in. termin „złe". Przewartościowaniu termin ten uległ po włączeniu do ludowej demonologii wyobrażenia chrześcijańskiego diabła i związanej z nim postaci czarownicy. Do tej kwestii powrócimy przy charakterystyce danych istot demonicznych.

Demony szkodzące położnicom i porywające niemowlęta

Przegląd wyobrażeń demonologii negatywnej rozpoczynamy — zgodnie z proponowaną klasyfikacją — od prezentacji tych istot demonicznych, dla których zasadniczym celem działania ma być szkodzenie położnicom oraz porywanie (a zwłaszcza — zamienianie) niemowląt.
Ten wątek wierzeń demonicznych prawdopodobnie rodowód swój wywodzi jeszcze z czasów przedchrześcijańskich, a liczne jego ślady zachowały się w kulturze ludowej Czechów, Słowaków i Ukraińców (dzikie lub leśne kobiety), Białorusinów (łojny, rusałki i czarcice) oraz Wielkorusinów (ałbosty i czartówki). Trzeba natomiast przyznać, iż niezbyt bogate są nasze źródła historyczne na dany temat. Jedynie w piśmiennictwie polskim XVII, XVIII i początków XIX wieku odnajdujemy nieliczne drobne i na dodatek bardzo ogólnikowe wzmianki świadczące o funkcjonowaniu omawianych wyobrażeń demonicznych w sferze wierzeń ludowych.
(...)
Dziwożony. „Są to kobiety nadprzyrodzone, złośliwe, mają włos bardzo długi, rozpuszczony i prosty; piersi ich są tak wielkie, że je zamiast pralników używają, piorąc swoją bieliznę. Na głowie dla stroju noszą czerwoną czapeczkę, za pożywienie im służy ziele, tak zwane słodyczką. Najwięcej cierpią od nich położnice. Dziwożony szpiegują takie kobiety, a upatrzywszy porę, kradną nowo narodzone dziecię, a swoje na miejscu skradzionego zostawiają, które jest zwykle szpetne, garbate i koszlawe. Mają wszakże i one macierzyńskie uczucie, jak się to pokazuje ze sposobu odbierania im ukradzionych niemowląt. Podrzucone dziecię wynoszą zwykle na śmietnik, gdzie smagają je rózgą, napawają wodą ze skorupki jaja i wołają: «Odbierz swoje, oddaj moje». Dziwożona litując się nad cierpieniem swego dziecka oddaje ukradzione, a swjje zabiera. Porywają niekiedy i dorosłe dziewczęta" (L. Sie-mieński, s. 188). „...dziwożony mają rysy charakterystyczne, odpowiednie więcej surowości i dzikości ojczystej okolicy: całe ciało niezwykle kosmate, włos głowy długi, rozpuszczony, piersi nadzwyczajnej wielkości, na głowach czerwone czapeczki z gałązką paproci. (...) Pokazywano mi pieczarę, gdzie przed laty miało być główne siedlisko dziwożon. Leży ona w urwistym boku Małogóry, na polach Łopusznej, nad potokiem zwanym takoż Łopuszną Otwór pieczary zawalony dzisiaj takimi głazami, że potrzeba długiej i ciężkiej pracy, aby go oczyścić. Wewnątrz niej ma się znajdować pełno dziwów do niewypowiedzenia..." („Góry i Podgórze" s. 508—509).
Mamuny „...lalki malutkie, odmieniają dzieci. Przeciwko nim lekarstwo kadzidło podróżnikiem.
We Wiśle mamony duszą kąpiących się w niej i żeglujących po niej" („Tarnowskie —Rzeszowskie", s. 269). „Dzieci odmieniają mamuny. Siedzą one w rzekach i po zachodzie słońca można słyszeć, jak pod mostem trzaskają kijankami we wodę, piorą bieliznę swoją. Można odebrać swoje dziecko, ale trzeba bić tego odmianka na oborze lub śmieciach nowa miotłą, ale matka rzadko się na to odważy" („Sanockie — Krośnieńskie" s. 30—31).
W niektórych regionach demony te znane były pod różnymi innymi nazwami, jak np.: sybiele na Mazowszu czy bohynki w Przemyskiem. O tych ostatnich odnajdujemy następujący zapis u O. Kolberga: „Bohynie są to złośliwe niewiasty nadziemskie, które zabierają matkom dzieci, a swoje własne z wielką głową im podrzucają, (...) istoty te, w postaci niewieściej uwodzą kobiety po porodzie..." („Przemyskie", s. 232). Z kolei na Pomorzu, Warmii i Mazurach porywanie niemowląt przypisywano demonom rodzaju męskiego__ niewielkiego wzrostu istotom zwanym mężykami i dziadkami bądź krasnoludkami, podziomkami, ziemnymi ludkami i koboldami. „...budzą one trwogę u położnic. Dozorująca nie dość bacznie na nowo narodzone dziecię, zwłaszcza przed jego chrztem, naraża je na wielkie niebezpieczeństwo, albowiem mężyk czy dziadek jednostopowego wzrostu, z długą do ziemi brodą, chwyta dziecko z kolebki, rzuca je na ławę u komina, a jeśli się zawczasu kto mądry od tego nie uchroni, porywa i uprowadza je ze sobą do podziemnych swych czeluści. (...) Więc szukają zabezpieczenia dziecka od złego, tj., by ktoś w miejsce jego nie położył innego, czyli odmianka — kładąc do kołyski stal lub stalowy przedmiot" („Mazury Pruskie", s. 59—60).
(...)
Warto tu zwrócić uwagę na pewien fakt. K. Moszyński wskazywał, iż uwłosienie stanowi niezmiernie ważną cechę istot demonicznych. Pisał o tym zjawisku następująco: „Właściwość tę posiadają wyjątkowo demony domowe u Wielkorusów (i u Ostiaków), a poza tym u licznych ludów słowiańskich demony leśne i wodne, niekiedy zaś i czart. Także według wierzeń panujących wśród chłopów zachodnioeuropejskich, dalej greckich oraz wśród Ugrofinów w Europie i Azji wiele demonów (leśnych, wodnych i innych) posiada tę cechę" (KLS, s. 606—607). Otóż rodowodu tej małpiej postaci można doszuki- wać się m.in. we wcześniejszych poglądach o potwornie owłosionych kobietach zamieszkujących w lasach i zamieniających matkom dzieci. Pewne echo tych poglądów zachowało się jeszcze na terenach zamieszkanych przez Łemków (rejon gorlicki). Natomiast w regionie lubelskim uległy one swoistemu przekształceniu; potworna leśna kobieta przybrała postać małpy. Tak więc wyobrażenia boginek-mamun uległy w wierzeniach ludowych jednego regionu — antropomorfizacji (postacie kobiece), a w innych — zoomorfizacji (postać małpy).
Jak już wskazano uprzednio, demonom tym w dość nikłym stopniu przypisywano działania na szkodę położnic. Świadczy to o zaniku tego szeroko ongiś rozpowszechnionego wśród ludów słowiańskich poglądu, iż „...kobiety ciężarne i położnice są bardziej niż pozostali ludzie narażone na napaść demonów itp. czartów, czyli w ogóle nie określonych bliżej złych duchów, wiedźm, zmór, duchów zwanych przez Bułgarów senka i navak, boginek, południc, nawet kraśników etc." (KLS, s. 631).
(...)
Dzieci zamienione przez boginki-mamuny, zwane odmieńcami lub odmiankami, wyróżniały się szpetnym i anormalnym wyglądem oraz szczególnym zachowaniem się. Do charakterystycznych cech ich wyglądu zaliczyć należy ułomność fizyczną (wrodzone kalectwo), niekształtną budowę ciała (duża lub mała głowa, duży brzuch, cienkie ręce i nogi najczęściej pałąkowate, duże odstające uszy), silnie owłosione ciało i zarost na twarzy, ciemną cerę, przedwczesne zęby oraz paznokcie w kształcie pazurów. Natomiast ich zachowanie cechuje nadmierna krzykliwość i ciągły piskliwy płacz, złośliwość wobec otoczenia, lęk przed matką, niechęć do snu oraz nigdy nie zaspokojony apetyt. Jak twierdzą informatorzy, „odmienione dziecko było bardzo brzydkie, bardzo dużo jadło, a rosła mu tylko głowa i brzuch", „...bez przerwy płakało, było brzydkie, nieprzyjemne i miało zęby",
„...było owłosione z dużą głową i zamiast płakać — skrzeczało", „odmieniony dzieciak był zazwyczaj paskudny, z wielką głową, czasem owłosiony. Nie rósł, nie chodził, bardzo dużo jadł" (AKE UMCS, 11, 10, 55, 71). Uważano też, iż wiele z powyższych cech odmienionego niemowlęcia rzutuje następnie na cały okres jego dzieciństwa i na wiek dojrzały. Dzieci takie mają trudności w przyswojeniu sobie umiejętności chodzenia i mowy oraz są leniwe w nauce i wykonywaniu najprostszych czynności domowych i gospodarskich. Jako ludzie dojrzali są ułomni, bełkoczą zamiast mówić i z zasady mają nieufny (a niekiedy i wrogi) stosunek do ludzi. Są to jednak —jak twierdzą informatorzy — bardzo rzadkie wyjątki, z reguły bowiem odmieńce umierają w wieku dziecięcym.
Podejmując działania obronne przed boginkami-mamunami odwoływano się głównie do czynności o charakterze magiczno-regligijnym. Z uzyskanych wypowiedzi informatorów wynika, że niektóre z tych praktyk i czynności zachowały jeszcze swoją żywotność do czasów współczesnych. W zakresie ochrony położnic przed tymi demonami najczęściej stosowano następujące zabiegi: położenie ziół święconych (a zwłaszcza ziela zwanego dzwoneczkiem) obok głowy rodzącej kobiety, w futryny drzwi do izby, gdzie przebywa położnica, zatyka się gałązki ziela zwanego piołunem, w okresie porodowym kobiety noszą jedynie wełniane spódnice oraz pilnie przestrzegają codziennego odmawiania określonych modlitw porannych i wieczornych.
Znacznie bogatszy zasób wiadomości uzyskano od informatorów w zakresie działań mających na celu ochronę niemowląt przed porwaniem i zamianą. Przedstawiają się one następująco: — matka po porodzie przypina sobie do koszuli stalową agrafkę, którą nosi do momentu chrztu dziecka; — matka podczas snu winna być stale obrócona twarzą do dziecka; — matka nie może oddalać się od swego domu bez różańca; — matka po zachodzie słońca nie może opuszczać pomieszczenia, w którym znajduje się dziecko; — matka nie może pozostawiać dziecka bez nadzoru; — matka nie może po zachodzie słońca prać pieluszek dziecka; — dziecku należy zawiesić na szyi poświęcony medalik lub krzyżyk; — dziecku na rączce zawiązuje się czerwoną wstążeczkę; — dziecku zakłada się na główkę czerwoną czapeczkę; — twarz dziecka należy chronić przed światłem księżyca; — na kolebce dziecka winien wisieć poświęcony różaniec Nieliczni informatorzy twierdzili, iż boginki-mamuny mogły porywać lub zamieniać dzieci tym matkom, które wykazywały słabą pobożność i zaniedbały chrztu dziecka (rejon gorlicki) oraz nie odbyły czynności wywodu w kościele (rejony: chełmski, kolbuszowski i niski).
Mimo stosowania wzmiankowanych sposobów obronnych zdarzały się jednak wypadki
„odmieniania" niemowląt. W takich przypadkach należało pozbyć się „odmieńca" i zmusić demona do oddania porwanego dziecka. Powszechnie wówczas stosowanym sposobem było wyniesienie „odmieńca" na gnój i bicie go mocno brzozową rózgą. Wówczas to boginka-mamuna, zwabiona krzykiem dziecka, przybędzie, aby je zabrać i oddać porwane niemowlę. „Słyszałam o takim zdarzeniu — podaje jedna z informatorek —w Zamborzycach koło Lublina. Dwie matki z tej wsi poszły z nie ochrzczonymi dziećmi do lasu na jagody. Położyły dzieci pod drzewem, a same zabrały się do zbierania. Po powrocie do domu dzieci bez przerwy płakały oraz zrobiły się jakieś brzydkie i nieprzyjemne. Obie matki spostrzegły u swoich dzieci zęby, a były one jeszcze na to za małe. Zgłosiły się więc do księdza po radę. Ten poradził, aby wynieść dzieci na gnój i mocno bić rózgą. Tak też zrobiły. Bite dzieci krzyczały głośno. Wtedy mamuna przyniosła właściwe dzieci i mówiąc do matek «na, na» rzuciła je na gnój, a swoje porwała i uciekła" (AKE UMCS 10). W niektórych miejscowościach rejonu gorlickiego znane były bardziej humanitarne sposoby zmuszania boginek-mamun do zwrotu odmienionych dzieci, np. bito nie „odmieńca", ale gnój wokół niego tak, „...żeby się rozlegało"; kładziono odmienione dziecko pod mostem lub też okadzano je zielem święconym. Skutek miał być taki sam.

Demony duszące ludzi i wysysające z nich krew

Kolejny temat rozważań stanowią wierzenia o demonach i półdemonach, których domeną działania było złośliwe znęcanie się nad ludźmi, przeważnie nocną porą, w szczególnie wyrafinowany sposób poprzez duszenie ich i wysysanie z nich krwi. Wierzenia te niegdyś musiały być szeroko rozpowszechnione wśród ludów słowiańskich, gdyż liczne ich ślady odnajdujemy w opowieściach ludowych, porzekadłach i przysłowiach. W naszej kulturze ludowej ten wątek demonologii negatywnej reprezentowany jest przez dwie grupy wyobrażeń: zmory (mory, gnieciuchy, nocule) i upiory (wampiry, strzygi).

Zmory

W słowiańskiej kulturze ludowej jeszcze w drugiej połowie XIX i na początku XX wieku — jak twierdzi K. Moszyński — bardzo żywa była tradycja wierzeń w duchy, którym przypisywano osobliwy sposób dręczenia ludzi, a mianowicie „...duszenie ich względnie gniecenie, gdy są pogrążeni we śnie. Takie duszenie czy gniecenie cechuje przede wszystkim zmorę, która dlatego bywa nawet nazywana gnieciuchem lub podobnie" (KLS, s. 627). Na temat zakresu funkcjonowania tego wątka wierzeń demonicznych w naszej kulturze ludowej XIX w. stosunkowo bogata dokumentacja zebrana została przez O. Kolberga. W jej świetle następująco przedstawione jest ówczesne wyobrażenie zmory:
„Powiadają, że zmora jest to sąsiad lub sąsiadka zaprzyjaźniona, która, skoro północ, przychodzi w kształcie ćmy lub komara, przeciska się przez szczeliny okna i szuka swego ulubionego przedmiotu; włazi od nóg, powoli się na niego rozciąga i aż do piersi ciśnie. (...) Złapawszy jednak taką zmorę, przestrzegają, aby lepiej zaraz ją zwolnić z więzów i wcześniej, niżeli ją inni posłyszą i postrzegą, albowiem mogłaby zagrozić całemu domowi przez wpływ nieczystego ducha, niebezpieczeństwo na powodzenie lub na zdrowie domowników. Dlatego to opowiadania o napastowaniu zmory odbywają się tylko po cichu; nigdy o tern głośno nie mówią, aby jej sobie nie narazić" („Lubelskie", s. 99—100).
„Kształt zmory biorą na siebie zarówno mężczyźni, jak i kobiety, a pospólstwo wystawia sobie istoty te jakoby ludzi mocą czarów przeistoczonych w postać kota lub psa. Przychodzą one w nocy do izby, by męczyć uśpionych, zakładając na nich swe łapy, tłoczą ich tak mocno, że ci ledwo odetchnąć mogą, całując równocześnie i liżąc ich oblicza. Zmora zwykła wizyty swe ponawiać w pewnych określonych przedziałach czasu, stąd też chwili jej nadejścia przewidzieć nie jest trudno.
Jednym ze środków ochrony od umizgów jej zabezpieczającym jest zmiana położenia w miejscu, np. obrócenie się żołądkiem do pościeli; gdy wtedy zmora za przybyciem swym liżąc i całując obżałowanego pomiarkuje, że się do tylnych jego wzięła części— zrywa się, i uniesiona gniewem na długo dom, gdzie ją tak zesromocono, opuszcza. (...) Zmora sprowadza też i choroby. Kto cierpi na kolkę w głowie i żołądku, przypisuje to częstokroć jej wpływom, więc idzie kazać się zakląć do mądrego (wróża) albo, co lepiej, do mądrej (bo najskuteczniej działa tu baba), która dotyka bolące części chorego i stosownymi słowy słabość zamawia" („Mazury Pruskie", s. 71—74);
„Pod tym nazwiskiem: zmora — wyobraża sobie pospólstwo pewny gatunek ludzi, a prawie zawsze kobiet, czasem i mężczyzn, które mają własność szczególną i sobie tylko daną, by kiedy zechce, dusza — w nocnej tylko porze — rozłączała się z ciałem. Zmora (...) wtenczas tylko używa tej własności swojej, kiedy we dnie obrażona zostaje przez jaką osobę, by mogła zemścić się; skutek zaś jej pomsty jest okropny, bo uduszenie. Około północnej pory ma zmora na wózku o jednem kółku, czyli taczce, wyjeżdżać, lecz bardzo wolno, również jak chód jej ma także być bardzo powolny, skąd przysłowie powstało: «lizie jak zmora». Na tym to wózku zajeżdża przed dom, gdzie nieszczęśliwa ofiara jej zapalczywości pogrążona w śnie spoczywa, wtenczas dusza opuszcza ciało, by mogła — chociaż przy zamkniętych drzwiach — przez najmniejszą szparkę przecisnąć się.
Zostawiwszy więc dusza swe ciało przed drzwiami domu, pospiesza do łoża osoby, przez którą obrażoną została, ażeby wypełnić swój straszliwy zamysł. Wtenczas zmora kładzie się na uśpionego i wraziwszy język swój w usta tegoż, dusi go. Ale można uniknąć tego rodzaju śmierci dwojakim sposobem: pierwszy jest: na miejsce głowy nogi położyć, drugi: zawsze się kłaść na bok prawy, ponieważ ten jest bokiem dobrym. (...) Zmora tak jest ciężką jak kamień młyński (gdy ciąży na kim). Trwożliwy, obudziwszy się, przyrzeka jej chleba z masłem, a nazajutrz z rana daje go pierwszej przybyłej niewieście, gdyż ona to była ową zmorą, i wolnym już od cierpień pozostaje.
Śmielszy rhwyta w nocy po sobie; a jeżeli złapie kota, żabkę lub słomkę, trzyma ją silnie aż do dnia. Wtedy to zmora prosi mu się, by ją puścił, przyrzekając, że go więcej dusić nie będzie. On żąda, żeby mu wymieniła, kto ona jest, grożąc, że jej łapy lub głowę utnie; ta wymienia swą nazwę, lecz puszczona, dusić go na przyszłość nie przestanie. (...) Zmora może się przemienić w różne istoty: w kota, żabkę, powróz itd., a najczęściej dostaje się przy drzw.ach zamkniętych do osoby, którą dusi w kształcie słomki - przez otwór od klucza lub szparę we drzwiach. Chcąc się od niej uchronić, potrzeba dzień . noc nosić przy sobie igłę w koszulę wetkniętą albo nóż w łóżko na noc włożyć.
Osoba przez zmorę dręczona bywa zwykle bladą ( ) Zmory mają to być kobiety, które chodzą po nocach i śpiącego mężczyznę ssą; mówią, że są chude, blade, często się oblizujące, a gdy nie mogą dostać kogo ssać, idą do drzewa gruszkowego, ale najczęściej osikowego i to drzewo, które ona ssie, ma wyrostki. A człowiek, który od nich jest ssany za pociągnięciem brodawki mleko mu się wydobywa" (, Kaliskie i Sieradzkie" s. 477—479).
„Mory i morusy to już tak się urodzą, a morusów poznaje się, tak jak i ciatow (ciota), po brwiach w jedną linię złączonych, a czarnych Dlatego też lud mówi: czarny jak morus. Są to pół ludzie, pół duchy, można by powiedzieć. Bo kiedy ich godzina nadejdzie (od północy aż do trzeciej godziny rano) to ciało zostaje na łóżku, a duchowa połowa śpiącej mory lub morusa idzie i dusi (gniecie) ludzi, a w braku tychże, albo skoro im tak dano - drzewo ciernie i wodę. Jak tylko przetrzyma mora swoją godzinę, tj. skoro jej przeszkodzą, że wyjść nie może, aby dusić (...), to ciężko bywa chorą, a nawet umiera. Mory, zabierając się do duszenia ludzi, nie wiedzą o tern na jawie czynią to bowiem we śnie, przybierając postać rozmaitych zwierząt, a najczęściej kotów. (...) Rozmaite ma lud przeciw morom środki, z których najpospolitszym a używanym szczególniej przez parobczaków sypiających po oborach i stajniach, dokąd naturalnie mora ma najłatwiejszy przystęp, jest między innemi i ten, iż kiedy ocknie (zbudzi się) parobczak, w tej chwili właśnie w której go mora dusiła, natychmiast porywa za nóż i utyka go mocno w drzewo swego łóżka. Tym sposobem przebija morę, którą albo rani, albo nawet czasem i zabija, i znachodzi rano wybladłego trupa, przytwierdzonego do łóżka. (...) Niektórzy wieśniacy, idąc spać, zakładają sobie ręce na piersiach na krzyż, dla odwrócenia mory. Skuteczniejszy atoli ma być sposób ten, że oblepiwszy dzbanuszek nowy ciastem, pod poduszki go sobie podłożą. Mora w tym razie nigdy się nie ukaże" („W. Ks.
Poznańskie", s. 38—43).
(...)
Z postacią zmory w pewnym stopniu związane jest wyobrażenie nocnicy (noculi) — nocnej istoty demonicznej rodzaju żeńskiego zajmującej się wyłącznie dręczeniem niemowląt. To o kulcie tych właśnie istot demonicznych (wprawdzie inaczej nazywanych) tak pisał Rudolf z Rud Raciborskich w swoim „Katalogu magii" (XIII w.): „...wieczorem, trzymając dziecko na ręku, stoją z tyłu za drzwiami i wzywają leśną babę, którą nazywamy fauną, aby dziecko fauny płakało, a ich było spokojne, i jeszcze wiele innych środków pełnych niedorzeczności stosują wobec dzieci, bądź aby były spokojne, bądź aby były mądre" (E. Karwat, s. 23). Z kolei w kazaniach duchownego protestanckiego z XV w. odnajdujemy wyraźny już ślad wierzeń w nocnice — „...odwiedzając położnice, pytają, co się narodziło, czy chłopiec, czy dziewczyna; a czynią to, aby uchronić dziecko od nocnic, tj. od zmór, które dzieci szczypią i straszą i nie dają im usnąć" (Al. Bruckner, „Kazania husyty polskiego" „Pr. Filol.", 1892, IV, s. 564).
Jak podaje B. Baranowski, na terenach Polski środkowej „...był zwyczaj wygłaszania przez matki specjalnych formuł magicznych, którymi starano się odpędzić złe nocnice. Szczególnie wtedy, gdy słońce zachodziło krwawo czy, jak się mówiło, «na zażar», należało wygłosić formułę: «Zaże, zaże, zażycki — weźcie memu dziecku nocnicki» (...). Istniały inne jeszcze sposoby zabezpieczenia dziecka przed nocnicami. Oto matka z dzieckiem siadała w oknie lub stała w drzwiach, zaś pierworodny chłopiec lub jakiś inny oblegał chałupę i wołał: «Są tu nocnice?» Matka odpowiadała:
«Są». Wówczas chłopak trzykrotnie wykrzykiwał: «Niech zginą, niech przepadną». Istniały różne lokalne zwyczaje, dotyczące np. momentu, w jakim matka mogła podejść wieczorem z dzieckiem do okna, w jakim zaś należało tego unikać; w którym miejscu chałupy czy podwórza (np. tam gdzie schodziły się trzy płoty) należało wygłaszać formułę o zażach; czy chałupę mógł oblegać pierworodny, czy jakikolwiek inny" („Pożegnanie z diabłem...", s. 174—175).
(...)

Upiory

Wyobrażenia upiorów (wypiorów, wampierzy, wampirów, strzygoni) od niepamiętnych czasów zajmowały niepoślednie miejsce w kręgu demonologii słowiańskiej. Znane one były także wielu innym ludom południowo- i zachodnioeuropejskim, które najprawdopodobniej przejęły je od Słowian. Zjawisko wampiryzmu znajdowało szerokie odzwierciedlenie w literaturze zachodnioeuropejskiej XVIII w. Wśród badaczy kultury słowiańskiej coraz powszechniejsze jest mniemanie, iż dane wyobrażenia demoniczne stanowią echo bliżej nam nie znanego wątku dawnych wierzeń ludowych jeszcze z okresu przedchrześcijańskiego.
W naszej literaturze konfesyjnej i pseudonaukowej z XVII—XVIII w. postaci upiora poświęcano wiele uwagi. Szczególny wywód na dany temat znalazł miejsce w sławetnych „Nowych Atenach" B. Chmielowskiego. Pisał on m.in. tak: „Przez tych to upiorów nie co innego rozumieją tylko czarowników albo czarownice z diabłem narabiające, którego pomocą biorą trupy ludzi umarłych z grobu i nimi jako nadgniłymi, smrodliwymi, zarażają to ludzi, to konie, to bydło, to wieprze, gęsi, kury etc." (s. 137). Tego rodzaju poglądy, wyrażaiące oficjalną naukę Kościoła o diabelskim charakterze ludowych wierzeń w upiory, dominowały w ówczesnym piśmiennictwie. Od połowy XVIII w. nieco inne stanowisko poczęło ujawniać się w niektórych utworach. Ich autorzy, nie negując teologicznego wyobrażenia diabła, podejmowali zdecydowaną walkę z wiarą ludową w demony, jako z zabobonami.
W tym też okresie rozwijała się literatura dewocyjno-jarmarczna, która w dość zasadniczy sposób przyczyniała się do upowszechniania fantastycznych opowieści o upiorach i ich napaściach na ludzi, zwłaszcza w kręgach ludowo-plebejskich. W znacznym stopniu spotęgowało to funkcjonowanie danego wątku wierzeń demonicznych. Fakt ten został następująco zrelacjonowany przez J. M. Ossolińskiego w „Wieczorach badeńskich":
„O niczym w całej okolicy Trembowli nie było słychać, tylko o upiorach. Powiadano w jednej wsi, że o dwie mile stamtąd, zakradłszy się w nocy do obory i od żłobów poodwiązywawszy bydło, na psotę krowy i woły w jedno kółko za ogony zadziergały. W tej, gdzie to się przytrafić miało, nikt o tym nie wiedział, ale chodziło po ludziach, że właśnie w owej wsi, z której wyszła tamta wieść, upiór, przywędrowawszy do kmiecia podczas wieczerzy, wszystkim łyżki z rąk powytrącał, a co tylko było nagotowane, pożarł. Gdzieś głodniejszy, wyssał ze wszystkich, pod jednym dachem żywych, krew, nie zostawiwszy tylko jedno pisklę w kolebce na rozmnożek. (...) Po rozstajnych drogach, po gościeńcach, po ścieżkach, przy borach, na górach, w wąwozach tłukło się licho kupami. Spotkał-li podróżny podróżnego, naprzód go się o to pytał, jeżeli gdzie nie widział się z upiorem. Wszyscy co do jednego Bogu dziękowali, że ich złe przecie minęło, upewniając, że stronami było tego jak mrowia. W kilkunastu parafiach plebani ruscy, w kilku łacińscy kazali mogiły rozkopywać nieboszczykom i łby im na gorącym prawie ucinali, serca kołami przebijali., Jucha upiora drożej się szynkowała, niżeli przepalana gorzałka. Proszek szedł wyższą ceną nawet nad sól oczkowatą; trzeba albowiem wiedzieć, że podług doświadczeń, które zebrał Kolmet (A. A. Culmet — opat zakonu franciszkanów w Nancy i autor traktatu o demonach z 1746 r. ), pomocniejsze są te dwa lekarstwa na zarazę od upiorów niż ocet czterech złodziei na morową" (s. 87).
Najbogatsze jednak materiały faktograficzne z tego zakresu zebrane zostały w monografiach regionalnych O. Kolberga. Pozwalają one na rekonstrukcję ówczesnych poglądów naszego ludu o tej postaci demonicznej. Stąd też nie sposób w naszych rozważaniach nie sięgnąć do tych materiałów. A oto niektóre ich fragmenty:
„Są ludzie mający w sobie dwóch duchów: dobrego i złego. Twarz ich zazwyczaj czerwona, śladu na niej nie ma zwykłej cery, po czym poznać ich najłatwiej. Dobrego w człowieku ducha wiedzie na drogę zbawienia chrzest, złego — bierzmowanie. Po śmierci człowiek o dwóch duchach wstaje z grobu, nawiedza ludzi, straszy ich, napastuje. Najskuteczniejszym przeciw niemu lekarstwem — wykopać umrzyka, wraz z trumną wywrócić go w grobie «do góry nogami», aby «wszedł sobie w głąb ziemi», a nie chodził po niej. Czasem też gdzieniegdzie ucinają mu i głowę, a wtedy to może — choć nie wiem tego z pewnością — umrzyk staje się upiorem" („Tarnowskie—Rzeszowskie". s. 270).
"Upirz za życia ma dwa serca i czerwony kark, i kiedy umiera, to jedno tylko serce_z nim ginie, a drugie żyje i jest powodem jego wędrówek pośmiertnych. Aby im zapobiec, obwijają szyję dokoła młodym prętem świerzbi--huza (głóg, dzika róża, zwana także hecze-pecze). a w serce wbijają gwóźdź z brony (inni twierdzą, że 3 ćwieki żelazne z brony). A głowę uciętą kładą w stopach" („Sanockie — Krośnieńskie", s. 31);
„Bardzo często opowiadano o ludziach, którzy po śmierci wychodzili z grobów i nocami chodzili po świecie. Każdy bowiem człowiek ma dwie dusze — jedna z nich umiera, a druga chodzi po świecie i straszy. Słyszałam, jak opowiadano we wsi o zdarzeniu, że jedna kobieta po śmierci wstawała z grobu i przychodziła karmić swoje dzieci" (AKE UMCS, 1055).
„Niektórzy ludzie, a zwłaszcza samobójcy, po śmierci chodzili po wsi. Opowiadano także o upiorach, że chodziły nocami. Należało wówczas iść na cmentarz, odkopać grób i przewrócić nieboszczyka na drugą stronę. Wówczas przestanie on być upiorem" (AKE UMCS, 1065).
„Słyszałem jeszcze od swoich rodziców o wypiórach. Są to ludzie, którzy po śmierci chodzą po świecie. Mówiono, że wypiórem zostaje człowiek, który ma dwa serca, i gdy jedno serce umiera, to drugie nadal żyje i taki co pewien czas wstaje z grobu. Wypiór wygląda tak jak za życia. Człowieka, który zostanie wypiórem, poznać można za życia po tym, że ma gęste długie włosy pod pachami" (AKE UMCS 60).
Wypowiedzi te świadczą o pewnej ewolucji wierzeń w upiory. Postać ta utraciła swój pierwotnie groźny charakter i wkomponowana została w powszechny model wierzeń ludowych o możliwościach odbywania przez duszę ludzką pośmiertnych wędrówek w świecie żywych. I na ten temat poglądy ludu są różnorodne, ponieważ nie każda dusza ludzka predestynowana była do odbywania tych wędrówek. Podobnie zresztą jak nie każdy człowiek mógł stawać się upiorem.
(...)
„Bardzo często opowiadano o ludziach, którzy po śmierci wychodzili z grobów i nocami chodzili po świecie. Każdy bowiem człowiek ma dwie dusze — jedna z nich umiera, a druga chodzi po świecie i straszy. Słyszałam, jak opowiadano we wsi o zdarzeniu, że jedna kobieta po śmierci wstawała z grobu i przychodziła karmić swoje dzieci" (AKE UMCS, 1055).
„Niektórzy ludzie, a zwłaszcza samobójcy, po śmierci chodzili po wsi. Opowiadano także o upiorach, że chodziły nocami. Należało wówczas iść na cmentarz, odkopać grób i przewrócić nieboszczyka na drugą stronę. Wówczas przestanie on być upiorem" (AKE UMCS, 1065).
„Słyszałem jeszcze od swoich rodziców o wypiórach. Są to ludzie, którzy po śmierci chodzą po świecie. Mówiono, że wypiórem zostaje człowiek, który ma dwa serca, i gdy jedno serce umiera, to drugie nadal żyje i taki co pewien czas wstaje z grobu. Wypiór wygląda tak jak za życia. Człowieka, który zostanie wypiórem, poznać można za życia po tym, że ma gęste długie włosy pod pachami" (AKE UMCS 60).
Wypowiedzi te świadczą o pewnej ewolucji wierzeń w upiory. Postać ta utraciła swój pierwotnie groźny charakter i wkomponowana została w powszechny model wierzeń ludowych o możliwościach odbywania przez duszę ludzką pośmiertnych wędrówek w świecie żywych. I na ten temat poglądy ludu są różnorodne, ponieważ nie każda dusza ludzka predestynowana była do odbywania tych wędrówek. Podobnie zresztą jak nie każdy człowiek mógł stawać się upiorem.

Demony chorób i śmierci

Demoniczna personifikacja chorób (a zwłaszcza groźnych w skutkach epidemii) i śmierci ma głębokie zakorzenienie zarówno w tradycjach wierzeń słowiańskich, jak i innych ludów europejskich. Nie jest więc ona obca i naszej kulturze ludowej. Wprawdzie znacznej części omawianych uprzednio demonów atmosferycznych, przyrodniczych i społecznych przypisywano takie czy inne działania chorobotwórcze, jak powodowanie omdleń, czasowej niemocy fizycznej, bólów krzyża czy głowy, łamania w kościach, częściowego lub całkowitego paraliżu ciała itd.
Jednakże ów element chorobotwórczy nie był zasadniczą domeną działalności tych istot demonicznych. Pewien wyjątek w tym względzie stanowią zmory i upiory, ale i one nie uosobiały określonych chorób, lecz jedynie przyczyniały się do ich powstawania poprzez dręczenie ludzi.
„Demony chorób żywo pobudzały wyobraźnię ludzi — stwierdza K. Moszyński — niosąc nieprzezwyciężoną trwogę przy lada pogłosce o wybuchu w sąsiedztwie lub w pobliżu epidemii. Toteż zarówno na południu, jak i na północy Słowiańszczyzny zapisano z ust ludu liczne o nich podania.
(...)
Na kanwie poszukiwania genezy groźnych i zarazem tajemniczych zjawisk powstawania epidemii różnych chorób zakaźnych ukształtowały się w świadomości ludowej dwa stanowiska w danej kwestii, a mianowicie:
1. Epidemia stanowi efekt pojawienia się w okolicy szczególnych istot demonicznych nieznanego pochodzenia. Istoty te najczęściej określano mianem „morowych dziewic" i wyobrażano je sobie jako młode i bardzo szczupłe niewiasty odziane w białą szatę lub jako stare i szpetne kobiety. A niekiedy miały to być duchy niewidzialne i wobec tego nie mające żadnej postaci. W staroruskiej kronice Nestora odnajdujemy m.in. wzmiankę o niewidzialnych duchach, które w 1092 r. przybyły do Połocka i za pomocą niewidzialnych strzał zaraziły mieszkańców tego grodu plagą morowego powietrza. Podobnych wzmianek nie brak i w innych utworach piśmiennictwa średniowiecznego.
Podług wierzeń ludowych demony te wędrowały przez miasta, wsie i osady rozsiewając wokół siebie morowe powietrze i zarażały nim okoliczną ludność, jak również bydło i ptactwo.
2. Epidemie wywoływane były na skutek umyślnego działania wrogo nastawionych do ludzi istot półdemonicznych — czarownic. Dokonywać one tego miały za namową i na zlecenie złych duchów (diabłów). Czarownice w celu sprowadzenia chorób posługiwały się bardzo różnorodnym arsenałem działań magicznych, o których szeroko rozpisywano w konfesyjnej literaturze z XVII i XVIII wieku. Dlatego też po każdej takiej epidemii następowała fala prześladowania czarownic; nasilały się wówczas procesy o czary, zadawanie uroków i współdziałanie z mocami piekielnymi.
Przedstawione tu stanowiska wyrosły z nieco innych uwarunkowań genetycznych. Stanowisko pierwsze ukształtowało się na podłożu tradycyjnych wierzeń słowiańskich o demonicznej personifikacji zjawisk chorobotwórczych i stanowiło wyraz ich dalszej kontynuacji w naszej kulturze ludowej. Natomiast drugie stanowisko zrodziło się w konsekwencji wprowadzenia do polskich wierzeń ludowych importowanych z kręgu zachodnioeuropejskiej kultury chrześcijskiej postaci diabła i czarownicy. Tym samym stanowiło ono już wytwór swoistego konglomeratu ludowo-chrześcijańskich wierzeń demonicznych.
Dla naszych rozważań szczególnie istotne są poglądy dotyczące demonów uważanych za chorobotwórcze. Były to wszelkiego rodzaju „morowe dziewice", „morowe panny", morowice, mory itp. Jak już wzmiankowano, najczęściej miały one postać kobiecą. Według wierzeń mieszkańców Polski środkowej z XVIII w. były to .....brzydkie i chude kobiety, ubrane w biel, które przechodziły lub przejeżdżały (na specjalnym wózku lub na szkielecie końskim) od wsi do wsi rozsiewając «zarazę»" (B. Baranowski, „Kultura ludowa XVII i XVIII w...", s. 218). Nieco inny obraz tej postaci zarejestrował O. Kolberg: „Niewiasta, czyli mara powietrza i zarazy, ma długą zasłonę pełną duchów natury demonicznej. Za jej zbliżeniem się rozprasza się pasterzowi trzo- da, a pies, skowycząc, kładzie mu się u nóg, wół spogląda w ziemię i szturmuje rogami, a kury uciekają, naśladując ochrypłym głosem pianie koguta. Niewiasta leci na skrzydłach nietoperzych.
Mówią, że niewiasta naprawia swą zasłonę wówczas, gdy wznoszą się na łąkach mgliste wyziewy. (...) Niewiasta ta jest córą Złego-powietrza, kładzie śniedź i porost w zboże, pali trawę i otrząsa kłosy z ziarna. Przy pierwszym pianiu koguta można ją czasami ujrzeć, jak roztacza zasłonę i sięga aż ku obłokom, ale człowiek ręki jej nie czuje, gdy go ona dotknie. Dziewka przynosi ją do wsi na włosach warkocza, podróżny na swym kapeluszu. W r. 1398 usiadła na hełmie Krzyżaka, który ją przyniósł, ciągnąc do swej lubej nad Wartę, stąd zaś powiała przez Śląsk i przez góry ku Węgrom i dalej, roznosząc trwogę i pochód swój znacząc trupami, przy bladym słońca blasku" („W. K. Poznańskie", s. 9—10). Również wśród mieszkańców wsi podolskich dżuma —jak podaje K. W. Wójcicki — wyobrażana była jako „...wysoka niewieścia postać, cała w bieli, z rozczochranym włosem" (s. 103). Niekiedy ukazywać się ona miała na czarnym wozie w otoczeniu straszliwej drużyny dziwacznych mar-widm, które oddechem swym zarażały wszystko na drodze. Był to tzw. homen, czyli orszak dżumy.
(...)
Lecz nie tylko epidemię chorób zakaźnych — stanowiącą niegdyś groźną plagę społeczną — ale także szereg innych dolegliwości (jak przewlekłe stany zapalne i owrzodzenia ciała, choroby płuc i przewodu pokarmowego, choroby wzroku itd.) przypisywano działaniu określonych demonów lub mocy szatańskiej. Bujna wyobraźnia ludowa ukształtowała rozliczne wizje owych chorobotwórczych istot nadzmysłowych. Mniemano więc, iż demony suchot przybierają kształty maciupeńkich (niewiele większych od łepka szpilki) istot ludzkich, demony wrzodów i ran ropiejących mają zoomorficzne postacie niewidzialnych dla oka ludzkiego robaczków z czarnymi główkami. Jeszcze w początkach XX wieku wiele podobnych wyobrażeń demonicznych funkcjonowało w naszej kulturze ludowej, jak np. demony febry czy grypy. Na podłożu tego rodzaju wierzeń doszło również do wytworzenia systemu przeciwdziałań polegających na odwoływaniu się zarówno do tradycyjnego lecznictwa ludowego (opartego głównie na wiedzy zielarskiej), jak też do licznych praktyk i czynności magicznych (zaklinania bądź zamawiania chorób), wzmacnianych niekiedy formułami modlitw zapożyczonych z religii chrześcijańskiej. Za przykład w tym względzie posłużyć może następująca formuła zamawiania choroby zwanej różą. Zarejestrowana ona została współcześnie przez F. Kotulę na terenie Podgórza Rzeszowskiego.
O różo, różo!
Strasznieś bolesno.
Z czegoś się ty obraziła?
Czy z jedzenio?
Czy ze spanio?
Czy z picia i gadanio?
Proszę cię bardzo:
Ustąp za przyczyną Jezusa i Maryi!"
(..Znaki przeszłości". s. 258)
Jednakże aby zaklęcie to miało właściwą moc działania, należy zarówno przed jak i po jego wypowiedzeniu odmówić trzy razy modlitwę „Zdrowaś Maria".
Owe magiczno-religijne praktyki lecznicze nie zawsze były możliwe do realizacji przez każdego człowieka. Najczęściej wykonywały je osoby mające w mniemaniu miejscowej ludności niezbędną ku temu wiedzę i praktykę. Do kręgu tych specjalistów zaliczano zielarki i zielarzy, lokalnych pustelników, leczące babki, zamawiaczy, znachorów i niekiedy owczarzy. Osoby takie otaczane były powszechnym szacunkiem, ale też odnoszono się do nich z pewnym lękiem. Zwłaszcza miało to miejsce w odniesieniu do zielarek i zamawiaczek, które niejednokrotnie uznawano też za czarownice; mogły one leczyć choroby, lecz również mogły je ludziom „zadawać" za pomocą sekretnych uroków.
W naszym piśmiennictwie z XVII i XVIII w. (m.in. we wzmiankowanych już uprzednio utworach J. Bohomolca, B. Chmielowskiego oraz J. K. Haura) odnajdujemy wiele opisów leczenia chorób za pomocą zabiegów. Najpełniejszy zbiór tego rodzaju recept lecznictwa ludowego zawiera wydana w 1845 r. praca M. Zieleniewskiego „O przesądach lecznicznych ludu polskiego". Znajdujemy w niej takie wskazania: „Przy lekkim oparzeniu należy się złapać za uszko od ucha, a oparzenie nie będzie bolesne. (...) Na żółtaczkę przegląda się chory w patynie, w chrzcielnicy, w świeżo roztopionej smole, w gnojówce, na uwarzone mięso moczy, a zebrawszy to z całego dnia, wylewa na rozstajne drogi przed zachodem słońca. (...) Jeżeli się ręce nadto pocą, żabkę zieloną (która z deszczem spadła) radzą nosić w rękach, póki nie uśnie. (...) Wszelakiego rodzaju guzy wyrosłe, które, jak zwykle mówią, z dobrej woli powstają, jeżeli się nie domyślają ich przyczyny, kreślą na krzyż do trzeciego razu ślubną obrączką. Ale jeszcze prędzej zginą, okładając je gorącym a samym żytniem chlebem — lub skoro się kością (a najlepiej zmarłego człowieka) — lub sękiem z trumny pokreśli"
(„Krakowskie", s. 162—166). Najbardziej jednak powszechnym środkiem były wywary sporządzane z mieszanki ziół suszonych, które uprzednio w dniu Matki Boskiej Zielnej (sierpnia) święcono w kościele. Wianeczki tych ziół, zawieszone u powały w izbie, przez cały rok służyły jako środek obronny przed zakusami złych duchów oraz uważane był za lek na wszelkiego rodzaju dolegliwości.
Jeszcze bardziej niż choroby procesom demonicznej personifikacji podlegało budzące strach i przerażenie zjawisko śmierci. Występujące w naszych wierzeniach ludowych bardzo popularne wyobrażenie demona śmierci, jako suchej kościstej niewiasty z bladą twarzą i w białym odzieniu czy po- dobnie odzianego kościotrupa z kosą w ręku, jest nowszego pochodzenia i wywodzi się z kręgu demonologii chrześcijańskiej. Przypuszczalnie wyobrażenie to niewiele ma wspólnego z dawną tradycją słowiańską. Współcześnie niezmiernie trudno byłoby odtworzyć poglądy naszych praprzodków na tę postać demoniczną. Wprawdzie funkcjonuje hipoteza o zachowaniu się dawnej wizji śmierci w tytułowej postaci wiosennego obrzędu ludowego — topienia Marzanny, budzi ona jednak wiele zastrzeżeń i wątpliwości. Trzeba przyznać, iż w ciągu kilku wieków dokonało się włączenie do demonologii ludowej propagowanej przez Kościół postaci śmierci w interpretacji chrześcijańskiej. Jej wizja ugruntowała się w świadomości ludowej poprzez plastykę sakralną, bożonarodzeniowe jasełki kościelne, kazania duchownych, a nawet przez pewne elementy symboliki obrzędu pogrzebowego (czarne chorągwie z emblematami śmierci). Pewną rolę odegrała tu także literatura de-wocyjna i jarmarczno-odpustowa. Tak więc z biegiem czasu zapożyczone z chrześcijaństwa wyobrażenie śmierci zadomowiło się w sferze wierzeń ludowych, jak również w chłopskiej kulturze obyczajowej (postać śmierci w dorocznych zwyczajach i obrzędach kolędniczych związanych z tzw. dekadą obchodu świąt Bożego Narodzenia i okresem karnawału).
Jeszcze na początku XX w. w niektórych regionach występowały pewne nieco odrębne wyobrażenia demona śmierci, np. szczupła i wysoka kobieta w bieli trzymająca w dłoniach kosę i młotek (południowa Małopolska) albo też sierp lub długi nóż (wschodnie Mazowsze) bądź oścień (południowo--wschodnia Lubelszczyzna). Postać ta w celu wykonania swego zadania przybywała pieszo bądź też fruwała w powietrzu. Do szczególnie wyjątkowych zaliczyć można poglądy przypisywania śmierci czarnej odzieży. Problem ubioru demona śmierci tak interpretował K. Moszyński: „Z dawniejszych pojęć o śmierci wymienić by trzeba rozpowszechnione u wszystkich czy prawie wszystkich Słowian wyobrażanie jej sobie w biało przyodzianej postaci niewieściej, przy czym ów biały przyodziewek nawiązywał może w danym wypadku do dawnej barwy szat żałobnych" (KLS, s. 701). Jest to niezmiernie interesujący i bardzo prawdopodobny pogląd, ponieważ w naszej obrzędowości ludowej związanej z czynnościami pogrzebowymi istnieje wiele śladów na jego potwierdzenie (np. zasłanianie zwierciadła białym prześcieradłem po śmierci kogoś z domowników itp).
(...)

Diabły — szatany

Najbardziej popularną a zarazem i nieco kontrowersyjną postacią polskiej demonologii ludowej jest diabeł, występujący także pod nazwami szatana, czarta (czorta), biesa, upadłego anioła, kusiciela czy złego ducha. Przypuszczalnie naszym rodzimym prototypem tej postaci był starosłowiański bies — szkodliwy i złośliwy demon leśny, nieprzyjaźnie nastawiony do ludzi.. Wraz z procesami chrystianizacji ziem polskich przenikać zaczęło do naszej kultury zachodnioeuropejskie wyobrażenie diabła.
W pierwotnej fazie zwalczania pogańskich wierzeń religijnych podejmowane były działania Kościoła zmierzające do włączenia całego panteonu czczonych dotychczas bóstw słowiańskich do kręgu rodziny istot szatańskich. Wskazują na to zachowane teksty kazań i postanowień synodów diecezjalnych oraz inne utwory piśmiennictwa polskiego z okresu XIII—XV w. (np. „Katalog magii" Rudolfa z Rud Raciborskich). Wylania się z nich obraz ówczesnego diabła, jako szczególnego stróża sprawiedliwości karzącego grzeszników wiecznym potępieniem. Wprawdzie mógł on nawiedzać także i ludzi niewinnych, aby zmusić ich do grzesznych występków, lecz poprzez odwołanie się do egzorcyzmów kościelnych można się było pozbyć natręta. Inaczej mówiąc nie była to jeszcze postać groźnego wroga ludzkości z czasów późniejszych.
Wzmożona ekspansja wyobrażeń diabolicznych miała miejsce w naszym kraju w okresie XVI—XVII w. i stanowiła rezultat rozwoju fanatycznej psychozy lęku przed działaniami mocy piekielnych, jaka ukształtowała się wówczas w świadomości mieszkańców zachodniej Europy.
Piśmiennictwo tego okresu znacznie zaostrzyło wizerunek diabła. Stał on się teraz istotą groźną i straszliwą, która nie przebiera w środkach w celu uzyskania panowania nad światem i zniszczenia rodu ludzkiego. Takie pojmowanie diabła prowadziło w sferze wierzeń potocznych do jego indywidualizacji i specjalizacji, czemu w sukurs spieszyła wydawana wówczas literatura konfesyjna. W „Postępku prawa czartowskiego przeciwko narodowi ludzkiemu" (XVI w.) zaprezentowaną mamy charakterystykę szeregu wyobrażeń diabelskich o szczególnych zakresach działania, np.:
Farel, który z sejmu piekielnego wyrzucony został „...aż pod obłoki, gdzie stał się obojętnym, dzierży i z czarty, i z ludźmi, jako Merkyryusz planeta: z dobrym dobrze, ze złym źle. Tego to
Farela używają czarnoksiężnicy w posługach, bo go łacno pożyć może, kto wie jego karaktery i zioła, takież modlitwy, w których się on kocha, a za nie maści potwierdza na 4 drogach. (...) Farel, czart wygnaniec, tak chytry jest, iż się wkradł między ludzi tak chytro, jako jaskółka. (...) Tego używają czarownice w swoich czarach. (...) Tego też czarta i czarnoksiężnicy w swoich wsiach używają, którzy mają zwierciadła kryształowe, mają też swoje egzorcyzmy, oni zowią konjuracye, którymi go przezywają do onego zwierciadła, aby się ukazał chłopięciu (jeszcze niewinnemu) w onym zwierciadle: także przez znami okaże skarby w ziemi, gdzie kruszcze będą ołowne, srebrne, złote, albo o co będzie pytał majster".
Harah, „...czart, myśliwiec jednooki, który myśliwce ze psy sprawuje, podburzając afekty szlacheckie; bądź prawym szlachcicem, chowaj myślistwo, chowaj ptaki, psy, myśliwce, strzelce, konie po temu, bębny, sowę dla wron, jedź na pole z nami, (...) pilnuj tego i pacierzy niechaj, boś nie księdzem, boć też to jest jedno nabożeństwo — myślistwo, gdy się jeżdżąc utrapi, wypości, utłucze, jako jeden Bernardyn w wielki piątek. A tym obyczajem czarci kroczą myśliwce, jako myśliwi kuropatwy; przeto je zowiemy jednookimi, iż jedno oko stracili, którym do nieba patrzą, a to zostawili, co do piekła patrzy".
Kierdos „...czart jeden, któremu też Lucyper rozkazuje, aby był pełen duchownych ludzi, mówiąc w te słowa: Pójdziesz też, Kierdosie, do księżej tak pogańskich, żydowskich, jako krześcijańskich z swoją wszystką rotą, opowiadając im moc nasze (...) kapłany napójcie, aby więcej pijali, niż czy- tali (...) Pozwalajcie im kucharek młodych, jako prawym celibatom, bo białej komży białej głowy trzeba.
(...) Przywódzcie je też k'temu, aby heretyki palili, którzy teraz powstali ku wielkiej naszej szkodzie, jako się Husyan, Luter, Kalwin: ci przyprawili lud chrześcijański, iż się wszyscy jęli czytać pisma bożego. (...) Dodawajcie swoim nauki w gadaniu, zwłaszcza sofistryej, która głozuje i nicuje ewangelią, (...) stądżeć przyjdą znienagła walki między królami samymi, z cesarzem i książęty niemieckimi z papieżmi, iż potracą ludzi między sobą nam kwoli bez liczby".
Koffel. „Też jest rota czartowska wielka z hordy Bachusowej, nad którą rotmistrzem Koffel. Ten sprawuje pijanice wszytki i przywodzi je ku wszemu złemu. Czart, osiadszy serce (pijaka), podburza go:... A pij dobrze, jadłeś surowy kęs; toż nasz doktor: gorzałka po ranu, a piwo pod wieczór. Odmi gębę, nastrój wąs, krokiem chodź, bądź srogi... Ujedzieszli z pokojem od towarzystwa, tedy doma uczyń niepokój, ubij żonę, rozpądź czeladź, garnce potłucz, poduszki posiecz, a zapomnij nazajutrz ani sobie daj wspominać".
Markot i Szczebiot. „Tym czartom rozkazał Lucyper, aby ludzi języczne przywodzili ku swarom i obmówkom rozmaitym, szepcząc im za uchem, jako ma mówić; stądże ludzie przychodzą ku złym przygodom, ku zelżeniu, ku nienawiści, nieprzyjaźni i ku zabiciu, kto się rozumem nie umie sprawować".
Odma .....umie i pyszno, i łagodno mówić z każdym, wielkim i małym, gotów się odmienić, kiedy chce".
Odmieniec „...jest też drugi rodzaj tych czartów, którzy się odmieniają w rozmaite osoby, tak zwierzęce jako i ptasze. Na tych też jeżdżą baby: gdy się przemieni w wilka, stądże go drudzy zowią wilkołek".
Rozwód „...jeden rotmistrz czartowski, co nie tylko małżeństwa rozwodzi, ale i jednania, i inne sprawy dobre abo nabożne, strzegąc tego, aby ludzie w zgodzie nigdy nie bywali, jedno zawżdy w kłopocie, będąc w kłopocie ku desperacyjej w czartowskie sidła".
Strojnat „...czart pyszny, który stroi pyszne ludzi, przyglądając pychy, pompy, postawy, wkradszy się w afekty ludzkie, tak w ubiorze, w chodzie, jako w potrawach obojga narodu. Ale widzimy więcej w tej mierze był występniejszy rodzaj żeński niż mężczyński, zwłaszcza nasze szlachcianki, którym ten czart szepcze za uchem: Spraw sobie nowy strój, w starym to już chodzisz...".
Śmieszek „...sprawuje wszytki naśmiewce, którzy stroją śmiechy z prostych ludzi, sprawują też błazny, w których się królowie, panowie kochają więcej niż w ludziach statecznych, sam się śmieje z tych wszech, którzy chcą być trefni, dworni, a błąd się ich dzierży".
Węsad „...czart, co ludziom dobytek morzy. Mają czarci z tego jednę rozkosz, gdy baby żegnają dobytek, mówiący ladaco, w czym się oni kochają. I jako gdy zielim święconym kadzą, gromnicą, bo to baby najwięcej dla czarów, ku czci, ku chwale czartom".
Nie sposób przedstawić tu charakterystyki wszystkich, opisanych w tym traktacie, diabłów w rodzaju Latawca, Smółki, Kozyra, Gajda, Ruszają, Bieta, Rozboja, Bierka. Dymka, Pożara,
Dyngusa, Wichra. Kiczka, Muchawca, Bajora, Smolicza. jak również diablic typu Wanda,
Marzanna, Dziewanna, Chorzyca czy Jędza. Pewna część z tych nazw jest nam znana i wywodzi swój rodowód z tradycyjnych ludowych wierzeń demonicznych. Świadczy to o zachodzeniu nowego procesu, jakim było osadzanie importowanej z zachodu postaci diabła chrześcijańskiego w realiach ówczesnych wierzeń ludowych.
Przedstawione powyżej charakterystyki różnorodnych postaci diabelskich niewątpliwie miały na celu pewne wartości dydaktyczno-moralne rozumiane oczywiście w duchu interpretacji Kościoła rzymskokatolickiego. W podobnym duchu przedstawiany był diabeł w wielu innych utworach z omawianego okresu, jak „Pogrom czarnoksięskie błędy, latawców zdrady i alchemickie fałsze" Stanisława z Gór Poklateckiego (XVI w.), polski przekład „Młota na czarownice" (XVII w.), „Sejm piekielny" (XVII w.), „Nowe Ateny" B. Chmielowskiego (XVIII w.) czy J. Bohomolca „Diabeł w swojej postaci" (XVIII w.). Jeżeli do rzędu tej literatury dołączyć jeszcze różnorakie poradniki i kalendarze oraz utwory z kręgu twórczości jarmarczno--odpustowej, to uzyskamy stosunkowo obszerną bibliografię piśmiennictwa polskiego propagującego wśród naszego społeczeństwa elementy zabobonnej wiary w piekielne moce i wrogie człowiekowi działania potężnego kręgu istot szatańskich. Ponadto postać diabła propagowana była również w sztuce kościelnej; powstają w tym czasie liczne obrazy i rzeźby o tematyce sakralnej, na których nie brak jest przerażających wyobrażeń tej postaci.
(...)

Czarownice i pokrewne postacie półdemoniczne

Czasy Odrodzenia i kontrreformacji wpisały do naszej kultury ludowej chrześcijańską wizję czarownicy. Najczęściej była to kobieta z gminu (niekiedy także z pośledniejszych warstw mieszczańskich), której przypisywano pozostawanie w zażyłych stosunkach z diabłami i czynne współdziałanie z nimi na zgubę rodzaju ludzkiego. Czarownice — według R. Berwińskiego —„...nie są to narodową, rodzimą wyobraźnią ukształtowane postacie, ale są to kosmopolitki, nie w tym lub owym kraju urodzone i wychowane, ale spłodzone na drodze rozstajnej, pomiędzy światem doczesnym a wiecznym, z ojca wojującego Kościoła i z matki ciemnoty" („Studia o literaturze ludowej", II, s. 181). Nie sposób odmówić słuszności takiemu ujęciu rodowodu chrześcijańskiej postaci czarownicy. Kwestia ta szerzej zresztą już omawiana była przy ogólnej charakterystyce polskiej demonologii ludowej. Lecz obraz tej postaci ukształtowany w świadomości ludowej z okresu XVI—XVIII wieku zachował ponadto pewne szczególne rysy charakterystyczne dla naszej rodzimej kultury i stanowiące echo dawnych tradycji wierzeniowych. „Nie należy żadną miarą sądzić — pisał z kolei K. Moszyński — by cały zespół wierzeń otaczających postać wiedźmy,-tak wrośnięty w ludową kulturę Słowian, został im narzucony dopiero niedawno przez wpływy idące z
Zachodu. Pomijając niektóre drobne stosunkowo wierzeniowe motywy, rzecz jest na ogół niewątpliwie prastara, datująca się od czasów przedchrześcijańskich" (KLS, s. 646). W obu przedstawionych sądach nie ma zasadniczej sprzeczności. Naszkicowana przez R. Berwińskiego zachodnioeuropejska czarownica wchodząc w krąg polskiej demonologii ludowej zetknęła się z funkcjonującymi tu już pokrewnymi jej postaciami wiedźmy, jędzy, baby zielarki czy znachorki. Uprawianie bowiem czarów i wszelakich negatywnego czy pozytywnego charakteru praktyk magicznych stanowiło dość ważki składnik słowiańskich wierzeń ludowych. Bardzo liczne ślady tego rodzaju działań odnajdujemy m.in. we wzmiankowanym już „Katalogu magii" Rudolfa z Rud Raciborskich. Do działań zaś i praktyk w tym zakresie predestynowane były określone osoby „specjalistów" wywodzących się głównie (lecz nie tylko) z rodzaju żeńskiego. Na tym też podłożu dokonał się następnie proces połączenia w jedną całość obu pokrewnych wątków wierzeniowych, w konsekwencji czego powstała ludowo-- chrześcijańska postać czarownicy-wiedźmy, o której pisał K. Moszyński.
Początkowo ludowo-chrześcijańskie czarownice nie były jeszcze groźnymi przedstawicielkami mocy piekielnych, a jedynie korzystały z diabelskiej pomocy przy realizacji swoich tajemnych praktyk czarno- i białomagicznych. Wprawdzie budziły one pewną obawę i lęk, ale też bardzo często odwoływano się do nich przy wszelakich nieszczęściach gospodarskich czy dolegliwościach dręczących ludzi.
(...)
Czarownice utraciły już wówczas swój pierwotny charakter tajemniczych kapłanek świątyni czarnej i białej magii i stały się wspólniczkami diabelskiego spisku przeciwko ludzkości. Na ukształtowanie takiego poglądu w świadomości szerokich mas ludowych wpłynęła, inspirowana przez Kościół, „spe-. cjalistyczna" literatura czartologiczna i oparta na niej działalność misyjna duchowieństwa, rozwijana szczególnie w środowiskach wiejskich i małomiasteczkowych. Na tym podłożu uzyskała dogodne warunki rozwoju importowana z Zachodu akcja „polowania na czarownice".. W 1548 r. Sejm Krakowski przekazał sprawy o czary pod jurysdykcję kościelną, analogiczne uprawnienia uzyskuje Kościół na Litwie na mocy Statutu z 1564 r. W ten sposób stworzone zostały podstawy prawne dla kościelnego karania czarownic. Kres czemu położyła dopiero ustawa sejmowa z 1776 r. Stosując prawodawstwo magdeburskie w procesach o czary stosowano wymyślne tortury, za pomocą których wymuszano od delikwentek przyznawanie się do winy i nawet wskazywanie kolejnych kobiet jako dalszych podejrzanych. W ten sposób nieustannie rosła liczba czarownic i wytaczanych im procesów. Jak pisał ks. Gamalski w proteście przeciwko takim praktykom:
Jedną biorą na męki, to dziesięć powoła, Z tych zaś każda powołać tyleż drugie zdoła. Procesy o czary najbardziej rozpowszechnione były w Wielkopolsce, Małopolsce i na Pomorzu. Pierwsze z nich miały miejsce już w drugiej połowie XVI w. i pierwotnie dotyczyły kobiet ze środowiska miejskiego. Dopiero w XVII i pierwszej połowie XVIII w. objęły one szerokim zasięgiem środowiska wiejskie. Kobiety posądzone o czary poddawane były tzw. „próbie wody", czyli pławieniu. Jeżeli wrzucona do wody kobieta tonęła, świadczyło to o jej niewinności, w przeciwnym natomiast przypadku uważana była za czarownicę i poddawana dalszym torturom i ostatecznie skazywana na śmierć bezkrwawą, tj. przez spalenie na stosie. Tak na ten temat pisał I. Krasicki w swoich „Satyrach":
Ująwszy gromnicę Palił ławnik z burmistrzem w rynku czarownicę Chcąc jednak pierwej dociec zupełnie pewności Pławił ją na powrozie w stawie podstarości.
Podczas „próby wody" czarownica nie mogła utonąć, ponieważ miała bardzo lekkie ciało. Dzięki temu przymiotowi możliwe było jej unoszenie się w powietrzu i odbywanie podniebnych podróży na miotle czy innym sprzęcie gospodarskim. Za twórcę tego poglądu uważany jest florencki kaznodzieja Savonarola. Uważał on, iż ciało czarownicy podczas podróży powietrznej znajduje się w nadnaturalnym stanie: „...kurczy się i wyciąga, skręca lub wypręża, że tylko wielki palec u nogi i czubek głowy ziemi dotyka, a plecy wygięte, gdyby silnie napięty łuk. Włosy zdają się być usamowładnione, rozlatują się na wszystkie strony, ciało traci ciężar gatunkowy, nie tonie w wodzie, a lżejsze od powietrza wznosi się w górę" (L. Przybyszewski, "Czary i czarownice", 1932, s. 36). Stąd też przy stosowaniu „próby wody" delikwentki najczęściej krępowane były w tzw. „kozła" (postać wygięta silnie do tyłu, lewa ręka związana z prawą nogą i prawa ręka z lewą nogą) i dopiero wówczas spuszczane do wody.
W rezultacie owych „polowań na czarownice" w dawnej Polsce — jak określa B. Baranowski —„...około 10 000 osób oskarżonych o czary — na mocy prawomocnych wyroków spłonęło na stosie lub zmarło na torturach. Przypuszczać dalej można, że różnego rodzaju samosądów, dokonywanych najczęściej przez ludność wiejską nad czarownicami, było 5000 — 10 000 (...) Przypuszczać jednak trzeba, że liczba 15 000 — 20 000 ofiar (biorąc pod uwagę także samosądy) nie będzie zbyt wysoka" („O hultajach, wiedźmach i wszetecznicach", s. 114).
Charakter i ramy niniejszego opracowania nie pozwalają na podjęcie szerszej analizy dokumentacji z owych procesów. Dla naszych natomiast rozważań niezmiernie istotne jest, jaki ślad pozostawiły one w sferze późniejszych wierzeń ludowych. Czy i w jakim stopniu ta postać półdemoniczna zachowała ów groźny oraz budzący trwogę i lęk charakter wspólniczki diabła, czy też uległa ona dalszym procesom przewartościowań? W poszukiwaniu odpowiedzi na to pytanie należy przede wszystkim odwołać się do przebogatego materiału faktograficznego na dany temat, jaki zawierają monografie regionalne O. Kolberga.
„...pełno tu jeszcze czarownic, a raczej ciot, jak je lud wielkopolski mianuje. (...) Czary zadawać mogły cioty albo a) wzrokiem, co lud nazywa rzu- ceniem przyroku, albo b) słowami zaklęcia i c) uczynkiem w napoju i jadle, albo d) przez dotknięcie lub chuchnięcie, np. dotknąwszy kogo ręką przy ukłonie do nóg, lub dotknąwszy nogą miejsce zaczarowane. (...) Czarownice szkodzą ludziom nie tylko bezpośrednio, ale także i za użyciem różnych do tego ingredyencyj i przypraw. Służą więc temu celowi różne maści i proszki, które tajemnie kładą na pewne miejsca lub wsypują w pokarmy i napoje albo też ciskają na samą osobę, której chcą szkodzić. Najpożądańsze ku temu są dla ciot kości wyrzucone przez mieszkańców przed dom, a przez cioty zbierane skwapliwie. (...) Między czarownicami lud w Wielkopolsce rozróżnia dziś dwa głównie stopnie, a mianowicie: a) czarownice starsze, czyli bieglej-sze, i b) czarownice zwyczajne. Te ostatnie zowią się par excellence ciotami. Różne też do obu stopni przywiązane są własności. I tak zwyczajna ciota nie może stać się niewidzialną, gdy tymczasem każda czarownica starsza uczynić się nią może" („W. Ks. Poznańskie", s. 91—102).
„Czarownice, według wyobrażenia ludu, idąc przed wschodem słońca na miejsce, gdzie pasać zwykli, przeciągają ręcznikiem po rosie, mówiąc: «Biorę pożytek, ale nie wszystek» — skutkiem czego bydłu nabiał odbierają. Nadto zadają one ludziom rozliczne słabości, jako to: ból oczu, kołtuny, ustrzały, uroki itp., lecz najczęściej parobkom, którzy się z nimi żenić nie chcieli, albo w tym celu, aby się z nimi ożenili, a one z tej choroby po ślubie ich wyprowadzą. (...) Ciota może komu zadać złe (uczynić), ale nigdy wtenczas, kiedy sama jest w złości, w gniewie, ale tylko po dobroci (a raczej obojętności do człowieka ze swej strony). (...) Powiadano, że ciota kierować może deszczem. Więc gdy potrzeba jest deszczu i ciota mieć go zechce, deszcz padać będzie li tylko na jej zagon, omijając zagony sąsiadek, krowa jej ocieli się rychlej niż inne, a mimo to dawać będzie i dla niej samej mleko w wielkiej obfitości. (...) (Za) czarownicę uważa pospólstwo baby, których postać sprawia obrzydzenie, wstręt i strach. Te mają znów własność przemienienia ludzi w różne postaci, a najbardziej w kamienie. Używać ma czarownica do działań swoich różdżki zmaczanej w pewnej wodzie lub ziół pewnego gatunku; nad tymi odmawia słowa, o których ona tylko sama wiedzieć może. Potem taka różdżka lub takie zioła mogą jej służyć w potrzebie" („Kaliskie i Sieradzkie", s. 483—488).
„Czarownice, których podług powieści ludu mnóstwo się w tej okolicy znajduje, przyprawiają gospodynie o szkody w nabiale, drobiu, zdrowiu itd. Skoro potrawa zaczarowana jest w garnku, poznawają to po ogniu i warze wody. Zabezpieczając się od czarów, obracają garnek uchem do ognia, co tak ma szkodzić owej czarownicy, iż sama musi przyjść do domu tego, któremu psotę zrządzić usiłowała. Najczęściej jednak podejrzenie pada na tę niewiastę, która przez nieświadomość pierwsza do owego domu wejdzie" („Radomskie", s. 163).
(...)

Opowieści
O demonach życia społecznego
Skrzaty i kłobuki


„Pewien kmiotek, wyszedłszy raz w pole, znalazł zmokłe i drżące od zimna kurczę. Zdjęty litością wieśniak zabrał je do domu i posadził na piecu, aby się ogrzało. Kurczę owo po krótkim czasie zaczęło znosić żyto i pszenicę. Zmiarkował chłopek, co się tu święci, spostrzegłszy owe kupki naznoszonego zboża. Nic nie mówiąc, schwycił owo kurczę, które było skrzatkiem, tęgo wytłukł i wyrzucił za drzwi. Dopiero o trzy staje coś zarechotało, a zboże owo naniesione znikło" („W. Ks. Poznańskie", 27).
„To biło przed to wojno, to jeden to sie wżenił, a jego ojciec to nioł tego ptoszka — kołbuka, to mu się góra od zboża na przednówku załamywała, psieniądze nioł i kunie dobre, bo mu ten kołbuk znosił. A potem ten ojciec umerł i zostawił dwóch sinów. I ten sin Jan poszedł na górę i siedziała tam tako kokoszka, grzebała w zbożu, to łon wziął gałęzi i to kokoszke zbziuł i wignał. A ten jego brat młodszy, co bił osiem roków stary, to na wziosce poziedywał, co brat kokoszke zbziuł i wignał.
I teraz ta kokoszka nie przichodzi i nie nosi, konie zdichają i krowi nie mogo wstać, a to kokoszka resztę zboża wynosi. A ojczulek to w beczce psiorów nakładł i jajecznicy napiekł i zaniósł tej kokoszce, to niał szistko. To ten modszi August, to jak bił dorosły i sie wżenił do Ulnowa, to postarał się o tę kokoszke. I gospodarka mu szła bardzo dobrze.
I dość raz i biło zidać w noci o dwunastej godzinie, że taki szum i ogień, skri takie wpadali przez komin do tego gospodarza. Jednego razu to ja wzidział i mówie mu, że sadze się zapaliły, a mój sąsiad mózi, co nie, tilko kołbuk prziszedł do niego" (A. Szyfer, s. 105).

Mamuny

„Jednego dnia Pietrek żął żyto u jakiegosik gazdy na Pańskim, a były wtenczas wielgie gorąca. Ludzie żęły sierpami, a między nimi była też jedna taka dziopa, co miała bąka. Położyła go na miedzy, zawinena w chustkę, a sama żęła wraz z inszymi. I co się nie dzieje — kiej wszyćka żęły i nie obzierały się za siebie, spod lasu wyszła mamona, podeszła po chychmie pod miedzę, porwała jej dziecko, a sama podłożyła jakiegosik zimorodka czy odmieńca. Dopiero jak się ten odmieniec zaczon drzeć, tak wszyćka uźrały, co się podziało. Mamona była już ino kondek od lasu, a podrzutek darł się wniebogłosy. Ludzie strapiły się okrutecznie i nie wiedziały, co- robić. Ino jeden Piechowicz nie stracił rezonu. — Nic się nie bój! — pedział do dziopy, co płakała za swoim dzieckiem. Podrzutek darł się coraz bardziej, a mamona, wiecie, skryła się za drzewem i czekała, co będzie.
Dziopa już chciała iść, żeby podrzutka uciszyć, ale Pietrek powiedział jej, żeby się nie ważyła tego robić, bo inaczej wszyćko przepadnie i swego dziecka już nie odbierze. Kazał też wszyćkie dalej żąć i ani się za siebie nie obzierać. Odmieniec zasię krzyczał, jaż litość brała. Ale żaden nie obejrzał się za siebie. Jak mamona uźrała, że nikt nie ratuje podrzutka, zakradła się znowu spod lasu, oddała porwane dziecko, a zabrała nazad swoje" („Gawędy Iwkowskie", s. 75—76).

Zmory — mory

„Jen karczmarz mniał trzy córki i nie wiedział, że ony były (z)mory. Ale wędrowiec (podróżny) dostrzeg to. Bo on us(ł)ysał, co do siebie gadali, jak przyśli ze swoi cynności (dławienia w nocy).
Mróz i zima była. Jedna po(w)iada: tobie lepij, ze ty do ludzi idzies, bo ci tam ciepło, ale ja to musę po drzewie za ptakami łazić, to sobie nogi poobdzieram. A ona mówi: eh, gdzie tam! — chtóry mądry (człowiek), to mię ściśnie tak, że ledwo nie ostanę. A trzecia po(w)ieda: a mię, co idę do koni, to ledwo koń nie strząchnie, co go sie trzymam, albo ugryzie. Rano, jak wstał wędrowiec, tak temu kacjnarzowi po(w)ie-dział, że jego córki takie niescęśliwe, ze są (z)mory. Dopiero się tam rodził kogoś i ten drugi redzieł, zeby ich ochrzścili drugi raz na inne imię. A juz potem nie chodziły d(ł)awić" („Mazury Pruskie", s. 74).
„Do starego Celnika to przychodziła co noc mora. Ale on to był taki człowiek, co sie żodnego i niczego nie boł. Nawet na cmentorz poszoł roz koło dwunastej w nocy, bo sie z kamratami założył.
Som roz diobła udawoł i tego to sie wszyscy boli. Ale ta mora to go jednak gniotła. Cóż z tego, że sie jej nie boi, jak ją złapać nie umioł. Zanim sie ubudził, to już jej nie było. Ino czerwony ślad mioł na piersiach. Roz jeden wypił se, siedzioł przy kieliszku i położył sie spać dopiero, jak dwunasto wybiła. Tyla co sie wyprostowoł, naroz mysz mu wlazła za koszula. Ale on chyc z tego łóżka. Łapa ją i bez mrógnięcia oka ukręcił ji łebek. Położył sie po tym spać i tak społ jak nigdy. Rano, jak sie obudził, nie mógł sie nadziwić, co to sie stało. Kole jego łóżka leżała fajna, młoda dziewczyna z oderwaną głową" („Gadka za gadką", s. 125).

Strzygi — upiory

„Człowiek jeden, żołnierz wysłużony, miał bardzo złą żonę, która mu wiecznie dokuczała i o której ludzie mówili, że jest bisurkanią, czyli czarownicą. Z ciężkiej zgryzoty pił nieboraczysko i upiwszy się raz, gdy żona z nim kłótnię rozpoczęła, bił ją tak uporczywie, że aż na śmierć zabił. We wsi powiedział, że umarła; nikt się o nią nie dopominał, bo jej ludzie nie lubili. Na drugi dzień rano przychodzi siostra jego rodzona i mówi mu: «Iwanie, cóżeś ty zrobił? Zabiłeś żonę, a ona jest upiorzyca, zgubi cię więc pewnie». — «Skądże ty wiesz o tym?» — «Bo ja sama jestem w mocy szatańskiej». «Ratuj, radź!» — błagał brat przestraszony. Żal jej było gubić krew rodzoną, podała mu więc taką radę: «Weź pierwszą trzaskę, która odpadnie przy robieniu trumny żony, i schowaj ją przy sobie; pierwszej nocy po pogrzebie idź na grób żony, stań na tej trzeźce w jej nogach, podeprzej się ożogiem, czakaj i nie strachaj się tym, co widzieć będziesz». Posłuchał brat siostry i zrobił wszystko, jak kazała. Pierwszej nocy po pogrzebie stanął na grobie, na tej trzasce, i czekał. O północy zaczęły otwierać się groby, upiory ż nich wylatywały i wszystkie gromadziły się wokoło Iwana. Iwan modlił się i czekał. Naraz otworzył się grób jego żony i ona jak żywa wstała z niego.
Opowiedziała duchom krzywdę uczynioną jej przez męża i kazała im przystawić go sobie żywego lub nieżywego. Nad rankiem wracają (wysłane przez nią) upiory; pyta ich Iwanowa żona, czy przyprowadzają jej męża. «Nigdzie go nie ma; oblecieliśmy świat cały, nigdzie nie znaleźli» (odpowiadają). Wtem kur zapiał, upiory powróciły do grobów, a Iwan do domu. Na drugą i trzecią noc powtarzało się to samo, aż w końcu za trzecim razem Iwanowa żona straciła wszelką moc nad mężem i wróciła na zawsze do zimnego grobu, a Iwan, ocalony, dawał ofiary za jej duszę" („Sanockie—Krośnieńskie", s. 34).
„Chłop jeden we wsi Toniach, zwany Hadramacha, spotkał się ze strzygoniem na tońskim sudole. Strzygoń chciał Hadramasze chuchnąć w gębę, ale że sobie ten ostatni zrobić tego nie dał, więc strzygoń natarł na niego gwałtem, aż się pobili. Tak, bijąc się i szamacząc przez drogę, szli do chałupy. Chłop miał przy sobie kawał surowej kiełbasy i aby się od strzygonia uwolnić, częstuje go tą kiełbasą. A strzygoń powiada: «Chcesz, abym ja jadł, to i ty jedz ze mną». Hadramacha z obawy, aby mu strzygoń do ust nie chuchnął, podzieliwszy się z nim kiełbasą, jadł tak, aby obadwa razem mieli jadło w ustach, a strzygoń nie był w stanie chuchnąć mu w usta swoim duchem. Gdy już przybyli przed chałupę, Hadramacha odsadził się nagle i lunął strzygonia w pysk od lewicy z takim zamachem, że ten odbity wracać musiał tam zkąd przyszedł, chłop zaś uspokojony wszedł do izby" („Krakowskie", s. 66).

Demony chorób

„Spał parobek na wysokim brogu siana, a przy nim stała drabina. Noc miesięczna, widna, cicha: nagle —jakby niesiona z wiatrem — z daleka powstaje wrzawa, w której wyraźnie odróżnić można warczenie psów zajadłe i skowy-czenie. Powstał parobek na nogi i widzi z przestrachem, jak pędzi prosto wysoka niewieścia postać, cała w bieli z rozczochranym włosem, a psy za nią. Ale na jej drodze stał długi płot i wysoki: niewiasta jednym go susem prze- sadza, na drabinę wskakuje, bezpieczna tym schronieniem ciągle psom nadstawia nogę, a drażniąc zajadłą gromadę, ustawnie woła: «Na goga, noga! Na goga, noga!» Parobek poznał od razu straszliwą dżumę; podchodzi z cicha i trąca z całej siły drabinę. Wysoka niewiasta spada, psy ją porywają; pogroziła mu zemstą i znikła. Młody wieśniak nie umarł, ale przez całe życie nadstawiał nogę i nic innego przemówić nie mógł, jeno one wyrazy niewiasty: «Na goga, noga! Na goga, noga!»" (K.W. Wójcicki, s. 103).
„Kiedyś w Cieszynie na Wyższej Bramie patrzył ktoś z wieczora przez okno. Naraz przestraszył się okrutnie, bo na placu przed domami zobaczył cztery śmierci, odziane w długie, białe prześcieradła.
Jedna z tych śmierci mocno utykała na nogę. A te śmierci śpiewały:
Kto zażyje biedrzińca. kio zażyje czercińca. kto zażyje dziechcińca, kto zażyje kozińca — temu się nie stanie nic! Tańcowały długo, a potem się domawiały, w którą stronę która pójdzie. Ta kulawa rzekła tak: —Jo ni mogę iść daleko, boch je chroma, tak se tu zostanę w mieście, a wy se idźcie kany dali. I rozeszły się. Na drugi dzień już pierwszemu zmarłemu konajączkę dzwonili. Cholera grasowała na całym Śląsku Cieszyńskim, ludzie marli jak muchy, że grabarze ledwo nadążali ich grzebać. Radni miejscy zakazali nawet dzwonić zmarłym konajączkę, ażeby w ten sposób odpędzić od ludzi strach przed śmiercią. Po jakimś czasie cholera ustała. Nie było da-leko-szeroko chałupy, w której nie pochowano by kogoś z rodziny. Ów człowiek, który wówczas zobaczył te cztery tańczące śmierci, ocalał, bo przez cały czas grasowania cholery zażywał dziechcińca. Nabył go od wędrownego znachora, który dziechciniec sporządzał podczas wypalania węgla drzewnego w mielerzach" („Godki śląskie", s. 164—165).

Śmierć

„Skoro świat powstał, zarazem i Śmierć się urodziła. Kto tylko żył na bożym świecie, jej władzy ulegał, czy to zwierzę, czy to człowiek nie wykupił się od niej ani pan bogaty, ani biedak nie wyprosił, każdego zjadała. Dobrze też sobie utyła, a rzucając postrach wokoło, z dumą się nadęła.
Ale na swój kłopot Śmierć spotkała się z Biedą i ta zaraz jak się do niej przyczepiła, jak p.oczęła z niej pić i ssać krew by pijawka, to jakby śnieg wiośniany pod słońcem znikło sadło. Śmierć straszliwie wychudła, aż w końcu zostały same tylko kości nagie, bo skóra się nawet na nich utrzymać nie mogła. Byłaby Śmierć na szczęście ludzkie przepadła! Widząc, że to nie przelewki i zginąć musi. pyta się Śmierć Biedy, co zechce od niej, aby się raz odczepiła, a na wszystko przystanie. Bieda, uradowana, że dobrze dogryzła Śmierci, której się wszyscy ludzie tak lękali, poważną przybrała postać, nadęła się jak ropucha i poczęła namyślać, jakie jej warunki postawić? Wtedy Śmierć upadła przed nią na kolana, złożyła kościste ręce błagalnie i zbladłymi, bez życia, oczyma, które łzy rozpaczy zrosiły, wpatrywała się z bojaźnią i niepokojem w oblicze Biedy, jaki wyrok raczy wydać.
Bieda, widząc Śmierć tak upokorzoną, zadarła nosa w górę i po chwili za główny warunek położyła, aby Śmierć przysięgła i dała jej cyrograf, że dopóki świat istnieć będzie, ona Biedy nie zaczepi ani jej umorzy, bo chce być zarówno z nią nieśmiertelną. Śmierć, chociaż od dawna oddychała przeciw niej zemstą, i ostrzyła na nią ostre zęby, widząc, że nie ma nic do wyboru, bo zaledwie powłóczyć mogła nogami, przystała na wszystko i cyrograf żądany podpisała na byczej skórze. Gdy go Bieda dostała do ręki nasadziwszy czapkę na bok, gwiżdżąc wesoło, poskoczyła do najbliższej wioski pohulać sobie w karczmie u arendarza, a Śmierć uczuła od tej chwili nowe siły, nowe życie. I jakkolwiek już nie odzyskała ani mięsa, ani sadła, utraciwszy skórę, pomimo to czerstwo i zdrowo przebiega świat swobodnie, który drży na każdy jej pojaw i ulega jej przeważnej władzy" (K.W. Wójcicki, s. 228—229).
„Janko widział Śmierć. Szedł późno w nocy z karczmy do domu; wtem zachodzi mu drogę panna biało ubrana. Poznał zaraz, że to duch nieczysty, i zapytał: «Coś ty za jedna?» «Smierć jestem — odpowiedziała — i przyszłam cię zabrać tej nocy, gotuj się». On się zaczął odpraszać: «Zrobię, co zechcesz, tylko mnie nie bierz jeszcze; mam żonę, dziatki drobne». Śmierć się ulitowała:
«Przysięgnij — zawołała — że nie powiesz tego nigdy nikomu, co ci powiem, to życie ci daruję». Janko przysiągł, bo i cóż miał robić? Wtedy Śmierć mu coś powiedziała, ale co? Tego nikt nigdy nie dowiedział się, bo Janko nie chciał powiedzieć, bojąc się Śmierci. A przecież go i tak nie minęła" („Sanockie—Krośnieńskie", s. 29).
„Staruszek się bardzo staroł i chcioł wiedzieć, jak długo będzie żył, a ta śmierć przyszła i pedziała mu, że są trzy izby ze świecami i pokazała mu te trzy izby ze świecami. «Pódźcie, staruszku, pokoża wom jedna izba ze świecami. Te wielkie świece są do małych dzieci — powiada śmierć. - A ta drugo izba do średnich, a ta trzecio, te małe świeczki do staruszków; pódź, staruszku, pokoża ci te małe świeczki". Staruszek sie zapytuje, żeby nie mógł dostać tych świeczek, a śmierć na to odpowiada: «Jakbyś sie dotknął, zaraz bys umarł». I on sie dotknął tych małych świecek i zaroz sie obalił i umarł. Jak on sie obalił, to ta śmierć sztuchnył i oba sie przewrócili" („Gadka za gadką . s. 148).

Diabły

„Była jedna baba, która miała dużo gruntu, ale nie mogła se dać rady. Była sama, a nikt nie chciał z nią społu siać. — Ażeby mi się diebeł trafił, to bym z nim siała. A diebeł tuj. — Będziesz ze mną społu siać? — A będę. Taj posiali pszenicę. — No — diebeł się pyta —jak będziemy zbierać? — Ja będę wierzch, a ty spód. I diebeł przystał. Baba zebrała pszenice, a diebłowi została ścierń. — Takaś ty mądra! Czekaj, ja zbiorę wierzch. Na bezrok będziemy siać? — Będziemy. Na bezrok posiali rzepy. — No, teraz ja będę zbierał wierzch, a ty spód. — Dobrze. Taj diabeł zdarł nać, a babie została rzepa" („Powieści ludu rzeszowskiego", s. 184).
„W naszej wsi mieszkoł roz chłop, co cięgiem mioł pieniądze. No, mogliście do niego przijść, kędy byście chcieli, a on zawsze mioł tyla, wiela by wom było potrzebne. Ludziom to nie dawało pokoju. Wszyscy tu godali, że on trzyma pakt z diabłem, że sprzedoł diabłu dusza i bez to mo te pieniądze.
Roz tyż widziano go, jak pojechoł kosić trawa. Stoł akurat na polu, jak przy-jechoł tam wielki wóz z sianem, a na sianie siedzioł diobeł. Zawołoł tego chłopa i coś mu tam na ucho godoł. Potem już zaś widziano ich do kupy w gospodzie, jak popijali. Jednak karczmarz się tymu nieznajomemu dobrze przyjrzoł i wszystkim po tym łozprawioł, że on zamiast trzewika mioł kopyto końskie" („Gadka za gadką", s. 109).
„Załoził sie raz chłop z diabłem, że zgodnie, co on sieje, ten diabeł. Żona mu poradziła: wleź w becke ze smoło i utałaj sie w psiórach. Potem połóz sie w bruździe i cekoj. Przisedł diabeł, sieje na polu, a tu zidzi; jakiś dziwny ptak lezi. Woła więc: a sio, ptaku, z mojej tabaki! I tak chłop sie dowiedział, co diabeł siał, i zakład wygrał" (A. Szyfer, s. 95).
„Był biedny chłop i poseł do lasa, i była mu wielka bieda. I on zostawił na pnioku moskolicka, a nic nie mioł co do gemby włozyć. Diaboł uwidzioł moskolicka, wzioł i zjod. Chłop suka w połednie — nie ma. Bieduje het, obyrta sie — ni ma. A diaboł zjod i na wiecerzom ku piekłu wrócił sie nazod, a tam go nie fcieli puścić, co biednemu ostatniego kęsa zjod. Kazali mu wrócić het i moskalicka odpracować. Cóz beło robić. Diaboł wrócił ku chłopu i piknie prosi, coby go za parobka najon. A chłop — nie. Pyta diaboł i pyta. Chłop — nie. A pot mu ciurcy po cole. Diaboł znowu pyta. Chłop sie zezlił i gwarzy, co tako to, a tako, zeby go poniechał ten parobek, bo on som bidny i nie ma co zryć — to jakoz on parobka najmie. Parobek zaś goda, że jemu on sie bars widzi i on mu pomoze, a chłop go wypłaci, jak za robote dudki wezmie. Cóz beło robić. Diaboł holofiel i holofiel, jaze za parobka nastał. Rąbali siągi i narąbali telo, że chłop dudków prec wzion, bo diaboł beł silny, juha. I diaboł mu goda: Weźcie od pana cały sląg — i goda mu, coby se u pana wymówił, ze, kielo uniesie z parobkiem po robocie — to jego bendzie za to, co zrobi.
Chłop sie ugodził tako z panem, jako mu diaboł doradził. A diaboł hypnon do piekła po siekiere i pile i co zetnie smreka — to dobze nie bardzo on lezy. I co najpiekniejsy smrek, co na ramieniu panu niósł. Panu sie dobrze powodziło, bo robote pieknom miał zrobionom i tanio, jaze mu dziwno to beło. Ale pan, jako to pan — nic nie mówił, ino patrzał, co z tego bedzie. Dudki mu leciały, to cóz se beł krzywdować. I latem przisło siano i żniwa. Diaboł mocny beł i gada chłopu: Idźcies ku panu i zgódźcie tom młocke, i godajcie mu, ze za to, co uniesiecie. Chłop ku panu posed — a pan w śmiech: E, ty, głupi chłopie, kies to wymłócicie we dwóch — toz śnieg wam syćko zawali. Ale na ostatku zgodził sie. Posed diaboł do piekła i prziniós cepy. Chłop mu zruca, diaboł młóci: groch, zboże — syćko razem. Co omłócą do spichrza, panu wiezom. Pan sie cuduje, że tako wartko, ale zadowolony nie był, bo syćko razem. Posed diaboł i przyniós młynek — kie zaceni wiać, to syćko osobno: groch, psenica i jęcmien. Pan wte zadowolony. Przychodzi wypłata. Chłop gogo: Panie, to, co uniesem. Taka beła ugoda. A diaboł goda: Teraz robimy powrósło. I poceni je kręcić ze słomy.
Kręcą jeden dzień, drugi, trzeci, a pana strach oblecia, bo słomy coraz mniej. A diaboł owinon spichlerz, co nanieśli tam zboża i grochu i syćko to biere na ramie — chałupe z fundamentem. Pan w krzyk, co raty. Kaze puscać na niego konie i woły, co bodom, a świnie, co gryzom, a diaboł sytko na śpichierz rucał. Pan sie okropnie z nerwami zagryz, a diaboł nic, tylko niesie i nic mu nie przeszkodzi. Na ostatku pan sie obiesił i diaboł jego duse zdobył, a chłopu krzywde, co mu jom ucynił, w taki sposób wypłacił i do piekła juz go nazad puścili" (B. Bazińska, s. 105—106).
„W jednej wsi do biednej sieroty zaczął przychodzić urodziwy młodzieniec. Zabierał ją na zabawy, przynosił piękne suknie, ale nie chciał powiedzieć, kim jest i gdzie mieszka. Pewnego dnia dziewczyna, za namową przyjaciółek, wpięła młodzieńcowi niespostrzeżenie z tyłu marynarki igłę z długą nitką, której koniec miała u siebie. Po wyjściu młodzieńca dziewczyna, zwijając nitkę na kłębek, zaczęła iść po jego śladach. Zrobiło się już bardzo późno, kiedy nić zaprowadziła dziewczynę do bramy cmentarnej. Zajrzała ona na cmentarz i zobaczyła swego kawalera siedzącego na grobie i ogryzającego łeb koński. Przerażona tym widokiem dziewczyna krzyknęła i zaczęła uciekać w kierunku wsi. Młodzieciec zerwał się z miejsca i począł ją gonić. Gdy dziewczyna dobiegła do wsi, we wszystkich chałupach już było ciemno i tylko w jednej paliło się słabe światełko. Sierota wpadła do tego domu. Był on pusty i tylko na łóżku leżał nieboszczyk.
Dziewczyna nie mogła już się wycofać. Zamknęła więc drzwi na klucz, położyła na piersiach zmarłego swój krzyżyk i sama wlazła na przypiecek. Po chwili usłyszała pukanie do drzwi, a następnie do okna i zobaczyła za szybą owego młodzieńca. Zawołał on do nieboszczyka: —Przyjacielu, wpuść mnie. — A nieboszczyk odpowiedział: — Nie mogę, bo przy- walono mnie wielkim ciężarem. — A jakim? — zapytał młodzieniec.— W kształcie krzyża — odrzekł nieboszczyk. Młodzieniec zazgrzytał zębami ze złości i odszedł. Dziewczyna zmówiła pacierz i po pewnym czasie pobiegła do domu. Od tej pory kawaler ten, który był diabłem, więcej już do niej nie przyszedł" (AKE UMCS, 1178).

Czarownice — czarownicy

„Jedna czarownica umiała takie czary, że zawiesiwszy powróz na ścianie, potrafiła z niego mleka nadoić. Jej kuma w sąsiedztwie nigdy mleka nie miała. Gdy czarownica zachorowała, zaprosiła kumę do siebie, aby jej przebaczyła, bo ona jej wszystko mleko od krów zabierała. — «Ale mi jeszcze jedno darujcie" — prosiła czarownica. «Dobrze — odparła kuma — tylko powiedzcie mi pierwej, o co rzecz chodzi». — «Ja wam też i wasz pokarm z piersi zabie-rałam» — wyjąkała czarownica. «Tego to wam nie przebaczę» — rzekła kuma i obie zapadły się w ziemię" („Tarnowskie—Rzeszowskie", s. 311).
„Parobek jeden opowiadał, iż pasąc przede dniem konie na błoni, widział, jak ze wsi kobieta znana, iż była istotną czarownicą, chodziła po pastwisku przed wschodem słońca, a po trawie, po rosie miotała powązką, przez którą mleko cedzić sie zwykło, i mówiła kilkakrotnie: «Biorę pożytek, ale nie wszystek". Ten parobczak wziął się na sposób; miotał znowu po jej odejściu po trawie uzdeczką, którą odjął z konia, i mówił: «A ja niestatek, biorę ostatek». Skoro zaś powrócił do domu i zawiesił uzdeczkę na kołku, i gdy już słońce wschodziło, natenczas obficie mleko ciekło z uzdeczki, i było dla niego dość na śniadanie" („Lubelskie", s. 110).

Wilkołaki

„W województwie podlaskim, we wsi Chłopkowie niedaleko Łosic, w czasie obrzędu weselnego przyszła rozgniewana czarownica w chęci zemszczenia się i przemienienia nowożeńców w wilkołaki. Jakoż pas, którym się w stanie przewiązywała, skręciwszy, pod próg domu podłożyła i nadto kręciła łyka z lipiny i warzyła, i tą wodą ludzi podlała. Skoro nowożeńcy z drużyną weselną przeszli próg domowy, pan młody z kniahinią i sześcią drużbami, przemienieni w wilkołaki, uciekli z chaty i trzy lata wilkami byli. Przez cały ten czas przybiegali pod mieszkanie czarownicy wyjąc przeraźliwie. Gdy nadszedł dzień mający być końcem ich ciężkiej pokuty, zgromadzeni przed progiem złej baby wyli żałośnie; czarownica wyszła z izby z kożuchem wełną na wierzch obróconym i każdego nim z osobna okrywając, przy wymawianiu zaklęć tajemnych, przywracała nazad do postaci człowieczej. Lecz że panu młodemu nie okryła kożuchem ogona, chociaż wrócił do ludzkiej postaci, ogon mu wilczy pozostał; aż w dni kilka czarownica tymże sposobem uwolniła go od tej zbytecznej ozdoby" (L. Siemieński, s. 206).
„Czarownica, rozkochawszy się w młodym wieśniaku, daremnie usiłowała wszelkimi sposobami pozyskać sobie jego wzajemność. Rozgniewana nareszcie tą wzgardą namiętna niewiasta przysięgła srogą zemstę. Spotkawszy raz dorodnego parobka, zapowiedziała mu, iż jak tylko do lasu po drzewo pojedzie, za pierwszym uderzeniem siekierą przemieni go w wilkołaka. Mniej na to baczny wieśniak, zaprzągłszy woły do wozu, pojechał do lasu, ale zaledwie wymierzył cios silny, siekiera wypadła mu z ręki. Przestraszony tym zdarzeniem, spojrzy i widzi przelękły, że ręce jego zmieniły się w wilcze łapy. Bezprzytomny zaczął biegać po lesie, a natrafiwszy zdrojowisko, przejrzał się i spostrzegł, że cały zamienił się w wilka, widać było jeszcze gdzieniegdzie ostatki sukmany, bo przeobrażenie nie tak rychło wszystkie ślady zatarło. Pośpiesza do swoich wołów, ale te przestraszone uciekają od pana. Chciał je zatrzymać znajomym im głosem, ale zamiast wydania głosu ludzkiego zawył przeraźliwie. Widząc tedy z żalem, że się sprawdziły pogróżki pogardzonej czarownicy, nie mogąc pomimo przemiany w wilka oderwać się od strzechy rodzinnej, błąkał się po okolicy. Nadaremnie usiłował przyzwyczaić się do pokarmu z surowego mięsa, nie mógł tego przemóc w sobie, a tym bardziej nie mógł się żywić ludzkim ciałem. Dlatego zaczął straszyć pasterzy i żniwiarzy, którym wyjadał chleb, mleko i inne potrawy. Lat kilka tak przepędziwszy, uczuł do snu pociąg nadzwyczajny, położył się więc na murawie i zasnął. Ale jakież było jego zadziwienie, kiedy po obudzeniu ujrzał, że na powrót człowiekiem został. Uniesiony szczęściem, niepomny na stan swój, gdyż po takim odczarowaniu i przemianie z wilków na ludzi osoby mają pozostać bez ubrania, na skrzydłach niemal leciał do rodzinnej chaty" (K.W. Wójcicki s. 95—96).
(...)

Zakończenie

Dobiegła kresu nasza wyprawa w głąb świata wyobraźni ludowej, do mitycznej krainy diabłów, duchów pokutujących, latawców, panien wodnych czy leśnych, skarbników, skrzatów, utopców, wiedźm, wilkołaków i całej plejady innych jeszcze postaci demonicznych. Pora więc na kilka słów refleksji końcowych.
Ludowe wierzenia demoniczne cechuje pozorna chaotyczność i niespójność wewnętrzna, stanowiąca konsekwencję przeobrażeń, jakim ulegały one w ciągu wieków. Fakt ten ujawnił się również w prezentowanym tu obrazie demonologii mimo odwołania się do zaproponowanych uprzednio założeń jej typologii i klasyfikacji. Taki stan rzeczy stwierdzić możemy w odniesieniu do wierzeń demonicznych występujących w naszej kulturze ludowej od XVII w. Prawdopodobnie uprzednio miały one bardziej spójny i uporządkowany charakter. Z biegiem czasu jednak niektóre z tych demonów, zgodnie z prawami logiki rozwoju historycznego, traciły stopniowo podłoże dla dal1 szego funkcjonowania społecznego. Nie zanikały jednak całkowicie, ponieważ innym fenomenom ponadzmysłowym przypisywano niektóre ich moce sprawcze. Rodziły się w ten sposób w świadomości prostego człowieka nowe animistyczne wizje rzeczywistości przyrodniczej i społecznej, akumulujące poprzednie wątki wyobrażeniowe.
Nie bez znaczenia było tu również przenikanie demonologii chrześcijańskiej do polskiej kultury ludowej. Fakt ten wpłynął niewątpliwie na długotrwały proces asymilacji i spolonizowania pojęć obcych przez nadanie im lokalnego kolorytu. W konsekwencji spotykamy się w poszczególnych regionach kraju, a nawet w sąsiednich wsiach ze zjawiskiem przypisywania analogicznym demonom różnorodnych sfer „oddziaływania" i „ingerencji" w życie ludzkie.
Ze względu na społeczno-historyczną zmienność i płynność wierzeń ludowych powstaje trudność w klasyfikacji pojęć demonologicznych. Dla człowieka wierzącego nie istnieją w ogóle desygnaty klasyfikacyjne. Próby typologii są jednak niezbędne przy wszelkich rekonstrukcjach czasoprzestrzennego obrazu wierzeń demonicznych. Świadomość ewoluowania tychże pozo- stawia, niestety, pewien nieuchwytny margines wymykający się spod kontroli.
Z przedstawionego materiału wynika, iż zmiany zaistniałe w naszej demonologii ludowej w ciągu ostatniego stulecia charakteryzowały się głównie: a) obumieraniem wierzeń w demony atmosferyczne i przyrodnicze, z tym jednak, że niektóre cechy działania tych demonów przeniesione zostały na wyobrażenia demonów społecznych (zwłaszcza ludowych diabłów), b) zanikaniem wierzeń w opiekuńcze demony domowe, których funkcje częściowo przejęte zostały przez ludowo-chrześcijańskie wyobrażenia aniołów, a niekiedy także i diabłów, c) wyeksponowaniem wątków wierzeń diabłologicznych i parademo-nicznych.
Wiąże się to ściśle i wynika niewątpliwie z pewnych uwarunkowań społeczno-politycznych i kulturowych rzutujących na całokształt życia polskiego ludu. Koncepcje oświeceniowe, ruch ludowy, przemiany struktury produkcji i wymiany towarowej, wreszcie udział w walkach narodowowyzwoleńczych, to czynniki nobilitujące społeczność wiejską. Wpływając na mentalność myślenia, postaw i zachowań, torowały drogę racjonalizmowi i krytycyzmowi w sferze uczuć i emocji. Powyższe przewartościowania zarysowały się szczególnie mocno po II wojnie światowej, jako rezultat procesów industrializacji, powszechnej oświaty, ruchów migracyjnych i ogólnych przeobrażeń cywilizacyjno-technicznych. Dokumentacja z prowadzonych badań terenowych wskazuje, że wierzenia demoniczne odnaleźć można w poglądach starszego i średniego pokolenia mieszkańców wsi.
Pokolenie najmłodsze, często wyobcowane ze środowiska, krytycznie osądza wiarę swoich ojców i dziadów w duchy i czarownice. Wypowiedzi starszych informatorów unowocześniają niekiedy tradycyjne wierzenia demoniczne zgodnie z duchem postępu cywilizacyjnego.
Stąd przypisywanie diabłom postaci hitlerowców, mocom piekielnym działanie automatu pralniczego, a poczciwej kostusze jazdę na motocyklu. Ostatnie lata ujawniły także pewne nowe zjawisko w ludowych wierzeniach — tworzenie się wyobrażeń demonów kosmicznych (gawędy o spotkaniach z kosmitami).
Tak w najogólniejszych zarysach przedstawia się kształt współczesnych wierzeń demonicznych polskiego ludu. Przypuszczalnie niedługi już będzie ich żywot W świadomości człowieka.
Pozostanie po nich jedynie trwały ślad w folklorze, sztuce ludowej, profesjonalnej twórczości plastycznej i literaturze pięknej. Ludowe rzeźby, malowidła na szkle, rysunki, obrazy i utwory literackie wywodzą się z jednego praźródła i stanowią integralny składnik kultury narodowej. Zaklęte w drzewie, obrazie i opowieści, diabły i czarownice, duchy dobre i złe, olśniewać będą przyszłe pokolenia Polaków przebogatą panoramą wierzeń demonicznych.




Ważne linki dotyczące autora:
Inne książki Leonarda Pełki

Literatura uzupełniająca:
Aleksander Gieysztor - Mitologia Słowian

Multimedia:
Amatorskie ale rzeczowe video o wczesnosłowiańskim micie stworzenia świata




Zachęcamy do dyskusji na temat podanych w artykule treści
oraz wklejania linków do materiałów multimedialnych.
Redakcja

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz